Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty

22.12.06

Jednak być klientem banku to jest coś

Mogę powiedzieć, że mam całkiem sporo doświadczeń związanych z bankami: miałem konto w BPH, mam konto w Pekao SA. Część z tych doświadczeń jest mało sympatyczna, jak trwające miesiącami próby uruchomienia bankowości internetowej w Pekao, albo odkrycie, że przy małych obrotach dochodzi do eskalacji wysokości opłat bankowych w BPH (skończyło się zamknięciem przeze mnie konta). Nie wyobrażam sobie życia (a przynajmniej życia w cywilizacji) bez korzystania z usług bankowych, jednak przyzwyczaiłem się myśleć o bankach jako o istotach potężnych, wrednych, kłamliwych i potwornie topornych. Banki są konieczne, ale złe. Pomagało mi to przetrwać różne niespodzianki, jak skrajnie nieelastyczna forma spłacania karty kredytowej, konieczność płacenia za każdą duperelę albo wysokie opłaty bankowe. Dlatego byłem zupełnie nieprzygotowany na to, spotkało mnie w Belgii.

Po pierwsze, założenie konta bankowego przez obcokrajowca jest w Belgii bardzo proste. Mówią po angielsku, nie trzeba pokazywać rachunków telefonicznych, powoływać się na znajomych polityków, ani pokazywac rodowodu psa. Choć umowa jest po niderlandzku, jest stosunkowo mała szansa, że zostaniemy oszukani. Nie treba dodatkowo płacić za uczynienie kogoś współwłaścicielem konta (w przeciwieństwie do BPH, gdzie mieli bezczelność zażądać jeszcze znaczka skarbowego). W ogóle, nie trzeba za nic płacić. Przelewy są za darmo, bankowość internetowa jest za darmo, dodatkowa karta za darmo, wypłaty z bankomatów za darmo, wypłaty z obcych bankomatów za darmo, wypłaty z bankomatów w całej strefie euro za darmo, wypłata z bankomatu poza strefą euro -- €0,25 (czyli dużo taniej niż wypłata z obcego bankomatu w Polsce). Przelewy zagraniczne -- za darmo, podczas gdy w Polsce się za to płaci co najmniej 80 zł (sic!). Z tego, co zdążyłem się zorientować, koszty bankowe wzrastają jak się ukończy 26 rok życia, jednak raczej nie przekraczają €20 rocznie (w Pekao SA płaci się trochę więcej... niezależnie od wieku). Belgijską kartą bankomatową można płacić nawet w automacie z napojami, dzięki czemuś w rodzaju elektronicznej portmonetki (Proton to się nazywa). Wszystkie karty mają chipa, co sprawia, że nasze polskie karty bankowe są przestarzałe i nie możemy wypłacać nimi pieniędzy. Nie ukrywajmy tego -- między polskim a belgijskim systemem bankowym jest przepaść. (Jedynym moim do tej pory zastrzeżeniem był nieco niewygodny system autentykacji w bankowości internetowej.)

Dlaczego jednak o tym piszę na swoim blogu? Dlaczego robię swojemu bankowi (belgijskiemu) darmową reklamę? Otóż, dostałem dzisiaj od nich przesyłkę, która rozwiązała moje problemy z niewygodną autentykacją, a przy okazji dosłownie powaliła mnie na kolana. Oto zdjęcie:KBC

Tak, wysłali mi (za darmo!) urządzenie, dzięki któremu autentykacja stała się wygodna. Żadnych cholernych kart kodów, które trzeba zamawiać i które giną, żadnych sms-ów, żadnych apletów Javy... Po prostu wkładam kartę, wpisuję wyzwanie (czyli numerek ze strony www), wpisuję swój PIN, wpisuję hasło na stronie internetowej. I jestem zalogowany. Ponadto, mogę swoim urządzeniem sprawdzić stan Protona.

Teraz, można się zastanawiać, po co ja to wszystko piszę? Bank jest w Belgii, większość moich czytelników w Polsce, zatem zupełnie nie nadaje się na klientów KBC. Niemniej jednak, trudno zauważyć, jaki chujowy mamy w Polsce system bankowy, dopóki się nie wie, jak może być. A może być miło i tanio. Dlatego, czuję się w obowiązku doedukować swoich czytelników, licząc na to, że w związku z powstałą przez to frustracją u nas kiedyś będzie podobnie. Choć ostatnio nie zapowiada się, bo (jak donoszą media), nasz wspaniały rząd chce zrobić prezesem jednego z największych polskich banków fizyka z doświadczeniem urzędniczym. Aż się cieszę, że nie mam tam konta.

(A z rzeczy technicznych, to wordpress mi pisze, że zużywam 4% ze swoich 50MB, i że mogę kupić więcej. To oznacza, że chyba niedługo z powrotem na bloggera się pewnie przesiądę... :/ )

14.11.06

Dirk the Plumber

Jak niektórzy być może wiedzą, pewną wadą naszego mieszkania leuveńskiego był prysznic. Nie był on może jakoś strasznie obrzydliwy, jednak odpadające kafelki nigdy nie są miłe (swoją drogą, jakbym był kafelkiem przyklejonym do blachy, pewnie też bym się odklejał). Landlady odgrażała się, że każe to naprawić praktycznie od samego początku, jednak tygodnie mijały, a o remonciku nie było mowy. Tym niemniej, wczoraj wieczorem dostałem od Landlady mejla, że dziś ,,plumber'' przybędzie do naszego mieszkania o 9.30, i że mamy go wpuścić, nie bać się i w ogóle zapewnić swobodę operowania.

Obudziliśmy się o 9.00 pełni najgorszych obaw. Doświadczenia z tzw. fachowcami mamy jak najgorsze (nigdy nie zapomnę bandy jaskiniowców, którzy montowali nam okna na Targówku). Co gorsza, od rana lało jak z cebra (mamy dach z pleksi, więc zawsze wiemy, czy pada), obwodnica brukselska znana z korków (po niderlandzku file, mieliśmy to dziś na lekcji niderlandzkiego w dialogu), więc nastawialiśmy się na dość upierdliwe czekanie i spóźnienie się na zajęcia. Ku naszemu zaskoczeniu, pięć po pół do usłyszeliśmy dzwonek (nie wiem, czy Belgowie mawiają o kimś, kto przybywa w samą porę, że jest punktualny jak hydraulik w deszcz, ale byłoby całkiem na miejscu). Hydraulik o fizjonomii podstarzałego hippisa (długie siwe włosy, broda -- te klimaty) przyniósł swoje narzędzie, deski, którymi jak się okazało miał zakleić kafelki (myśl techniczna Belgów wciąż mnie zdumiewa), a my pojechaliśmy na zajęcia.

Gdy wróciliśmy na drugie śniadanie, prace już były dość zaawansowane. Było trochę wiórów po cięciu desek, więc zanosiło się na to, że będziemy mieli co sprzątać po powrocie. Powstały też dwa problemy. Otóż hydraulik musiał zakręcić kurek z wodą, który to jest w piwnicy, a nie miał do niej klucza. Właścicielka miała przyjechać dopiero wieczorem, a spodziewał się skończyć wczesnym popołudniem. Po drugie, my z zajęć mieliśmy wrócić dość późno, a hydraulikowi jakoś nie widziało się czekać do naszego powrotu.

Pierwszy problem został rozwiązany następująco: hydraulik za pomocą drucika włamał się do piwnicy, którą (gdy zrobił, co miał zrobić) zamknął ta samą metodą, którą otworzył. Jeśli chodzi o drugi, dałem hydraulikowi klucz i umówiłem się, że zostawi nad framugą.

Gdy wróciliśmy, okazało się, że hydraulik sobie poszedł, a na pożegnanie posprzątał elektroluksem podłogę w kuchni (miły bonus, bo zbieraliśmy się do tego od kilku dni).W umywalce znaleźliśmy następującą kartkę:

Dirk the Plumber

Teraz pytanie do szanownego czytelnictwa: ilu z Was odważyłoby się umówić z hydraulikiem na zostawianie klucza na framudze w Polsce? Ilu polskich hydraulików w Polsce mówi po angielsku z całkiem ładnym akcentem? I ilu na pożegnanie odkurza Waszą kuchnię?

3.11.06

Nie jest źle

Tak. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, nie jest źle (albo też nie jest *tak* źle). Dlaczego?

Po pierwsze, bardzo polepszył mi się standard życia. Nie oznacza to bynajmniej, że wygrałem na loterii belgijskiej i od tej pory będziemy się żywić polędwicą, popijając dobrym Bordeaux. Polepszyło mi się za sprawą malutkiego zakupu: rękawiczek. Bo w Belgii, proszę państwa, mamy wyż i atak zimy nieomal, a jak się jeździ na rowerze, to ręce marzną jak cholera, co jest niemiłe. Chyba, że posiada się rękawiczki. Oczywiście, nie przeszkadza to różnym takim przypałom biegać o poranku w krótkich spodenkach i krótkim rękawku.

Dziwne to przyznać, ale ostatnie oziębienie mi wcale nie przeszkadza. Nie oznacza to broń boże, że nagle zmieniły mi się gusta klimatyczne. Oznacza jedynie to, że mogę zacząć nosić swetry bez ryzyka przegrzewania się. A swetrów mam więcej niż bluz, odpowiednich na dotychczasową pogodę. Bluzę taką mam tylko jedną, i choć jest to moja ulubiona czerwona, zdążyła mi się znudzić. Jak całemu światu zapewne.

Po drugie, mieszkam w kraju, gdzie biblioteki zamyka się o 22oo, a najdłużej otwarte sklepy o 21oo. I to nie codziennie, a jedynie w piątki, które Belgowie poświęcają na robienie zakupów, co skutkuje dłuższym czasem otwarcia sklepów. Co prawda chyba (mimo wszystko) częściej korzystamy ze sklepów, ale i tak czuję się podniesiony na duchu.

Po trzecie, wreszcie udało mi się wreszcie nawiązać jakiekolwiek relacje społeczne z tubylcami. Odbyło się w to w bardzo miłej knajpce, gdzie oprócz picia piwa można sobie pograć w różne gry: szachy, go, jengę, Monopol, anty-Monopol, Ryzyko, Settlers of Catan... Gdy weszliśmy, w telewizorze leciał mecz, a z głośników -- muzyka klasyczna. Jaktylko mecz się skończył, telewizor schowano, muzyka pozostała do końca (jak mi wyjaśnili stali bywalcy, w tej knajpie *zawsze* leci muzyka klasyczna). Szkoda jedynie, że większość gier z fabułą jest po niderlandzku -- choć tak naprawdę wiadomo, że szachy i go są najlepsze. A wydarzeniem, które się do wzmożonej nagle socjalizacji przyczyniło, było posiedzenie leuweńskiego klubu go. Członkowie -- wszelkiego sortu gikowie, czyli informatycy, fizycy, meteorolodzy. Pierwsi Belgowie, z którymi się napiłem piwa i pogadałem dłużej niż 5 minut...

Czyli -- Belgia, kraj osobliwości:

  • Ludzie (ja?) się cieszą, że jest zimno

  • Biblioteki są dłużej otwarte niż sklepy

  • Najbardziej kontaktową grupą tubylców są... gikowie.

21.10.06

Państwo Szopowie a Internet

Dzisiejszy post będzie o Szopach. Wyjątkowo jednak nie o mnie i o mojej żonie, lecz o starszym pokoleniu, czyli o moich rodzicach. A konkretniej, o moich rodzicach i ich (burzliwych) relacjach z komputerami i Internetem.

Dramatis Personae: papa Szopa, pod sześćdziesiątkę, niegdyś ekonomista, nawet attaché handlowy w Buenos Aires, obecnie przede wszystkim bluesman i szachista. Mama Szopa -- anestezjolog, zajmuje się głównie neuroanestezją (o wieku nie wspominam, choć pozwolę sobie nadmienić, że jest sporo młodsza od mojego ojca). Otwarty mózg nie robi na mojej mamusi najmniejszego wrażenia, za to kiedy podczas zmywania naczyń pękła mi szklanka i pociąłem sobie mały palec, o mało nie zemdlała (choć bogiem a prawdą założono mi w efekcie na tenże palec 7 szwów, co jest niemałym osiągnięciem). Lula -- malutka suczka marki collie, mocno strachliwa (boi się wyjść na balkon). Straszny Potwór, czyli mój dwuletni komputer; niegdyś dobrotliwe Ubuntu, obecnie krwiożerczy Łindołs IksPe.

Dotychczasowe kontakty moich rodziców z komputerami były właściwie żadne. Owszem, zdarzyło im się nawet dokonać niegdyś zakupu komputera, jednak starali się nie wchodzić mu w paradę. Jedynie Lula czasem potrącała nosem klawiaturę leżącą na obudowie. Komputery z którymi moja matka ma do czynienia w szpitalu zasadniczo służą do znieczulania, a mój ojciec (zanim został bluesmanem i szachistą) miał zawsze ten luksus, że komputer obsługiwał za pomocą sekretarki (ta, kiedyś można było tak pracować).

Niestety, we wrześniu jedyne dziecko państwa Szopów (ja, znaczy się) wyjechało do dalekiego kraju na Zachodzie Europy i zostali oni postawieni przed faktem, że (przy roamingowych cenach rozmów telefonicznych) jeżeli chcą utrzymać z nim (tj. z dzieckiem) jakikolwiek kontakt, będą zmuszeni do korzystania ze Strasznego Potwora (który przyjechał pocztą kurierską z Warszawy).

Chcąc nie chcąc, moi rodzice zaczęli oswajać się z potworem. Na początku problemy były ogromne: a to myszką używaną do góry nogami (kabelkiem w dół), a to klawiatura ma układ QWERTY (zamiast oczekiwanego QWERTZ) i nie ma polskich liter... Obecnie już chyba nie jest tak źle. Oboje rodzice są w stanie korzystać z komputera w takim zakresie, jakim potrzebują. A zakres ten jest bardzo szopocentryczny.

Główną aplikacją, z której korzystają moi rodzice jest Skajp. Służy on przede wszystkim, a jakże, do rozmowy ze mną. Oprócz tego umieją sprawdzać pocztę na gmailu (ale to potrafi tylko moja matka) i przeglądać picasaweb ze zdjęciami moimi i mojej żony. I tyle. Z tego co wiem, na inne strony internetowe nie wchodzą. Chyba wiedzą o ich istnieniu, ale niekoniecznie wyobrażają sobie jak można ich używać. Skajp ma jeszcze druga rolę, pełni bowiem ważną funkcję w moim nowatorskim systemie zdalnej obsługi komputera. Drugim elementem systemu jest rzecz jasna rodzic w trybie odbioru.

Tym niemniej, moi rodzice robią duże postępy. Ostatnio mój ojciec np. sam z siebie nauczył korzystać się z rolki myszki. Nie jest to byle co: słyszałem od znajomych o rodzicach, którzy używają komputera od lat, a z rolki korzystać nie umieją.

Cała sprawa korzystania przez moich rodziców ze Strasznego Potwora wydaje mi się z kilku powodów sympatyczna. Po pierwsze, widzę, że moi rodzice są gotowi na naprawdę duży wysiłek aby ze mną pogadać o tym, ile kosztują w Belgii małże i gdzie pojechaliśmy w weekend na rowerze. Po drugie, pozwala mi to spojrzeć świeższym okiem na kwestię ergonomiki peceta. Np. dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że ontologia systemu okienkowego wcale nie jest oczywista dla kogoś, kto nie obserwował jej rozwoju przez ostatnie dziesięć lat. Albo (czego nigdy bym się nie spodziewał) że korzystanie z touchpada może być dużo bardziej intuicyjne niż z myszy.

(A Lula niestety bardzo sie dezorientuje kiedy się przy niej korzysta ze Skajpa, na co reaguje w typowy dla siebie sposób, przestraszając się. Za to z powrotem chyba może trącać nosem klawiaturę.)

12.10.06

Zaimki i dobre wychowanie

Jedną z bardziej fascynujących rzeczy są zaimki osobowe. Nie, naprawdę. Niby taka niepozorna część mowy, ale ile może dać radości. Na przykład, w takim nowomelanezyjskim (tok pisin) istnieje kilka różnych słów na oddanie tego, co my oddajemy nudnym i niedokładnym “my”: w zależności od tego, czy obejmuje rozmówce czy nie. Oprócz tego, w tok pisib istnieje więcej liczb niż w bardzo archaicznej grece i starej polszczyźnie: mamy nie tylko liczbę podwójną, ale też potrójną (i niech ktoś się ośmieli powiedzieć, że jest to język prymitywny!). Zatem:

I osoba ekskluzywna:

  • singularis: mi (ja)

  • dualis: mitupela (ona i ja)

  • trialis: mitripela (oni dwoje i ja)

  • pluralis: mipela (oni i ja)


I osoba inkluzywna:

  • singularis -- nie ma, z powodów poniekąd ontologicznych.

  • dualis: yumitupela (ty i ja)

  • trialis: yumitripela (wy dwoje i ja)

  • yumipela (wy wszyscy i ja)


II osoba:

  • singularis: yu (ty)

  • dualis: yutupela (wy dwaj)

  • trialis: yutripela (wy troje)

  • pluralis: yupela (wy)


III osoba:

  • singularis: em (on/ona)

  • dualis: tupela (oni dwoje)

  • trialis: tripela (oni troje)

  • ol (oni -- ale czworo lub więcej).


Wspomniany Tok Pisin jest jednym z oficjalnych języków Papui Nowej Gwinei. Powstał jako pidgin na bazie angielskiego, ale obecnie jednak (jak widać) dość mocno wyewoluował. Używa go ponad 4 milionów ludzi (a dla sporej ilości jest to pierwszy język): w handlu, w szkołach, w kościołach, podczas debat w parlamencie... Nic w tym dziwnego: mówimy o kraju, gdzie jest ponad 800 różnych, praktycznie niespokrewnionych ze sobą języków. Jakoś muszą się dogadywać.

(Na pocieszenie dodam, że o ile Papuasi okazali się bardzo kreatywni pod względem zaimków, to używają tylko dwóch przyimków. Czyli, jest dla nich bardzo ważne, czy było ich dwóch czy trzech, ale mają w nosie, czy coś jest za samochodem czy obok niego.)

Ale, aby znaleźć coś ciekawego nie trzeba wcale szukać aż tak daleko. Wystarczy obejrzeć sobie zaimki niderlandzkie, a w szczególności w niderlandzkim używanym we Flandrii. Tak jak Papuasi mają hopla na punkcie dokładnego określenia o ile osób i o jakie osoby chodzi, Flamandzi mają hopla na punkcie grzeczności. Ale po kolei.

Większość zaimków osobowych w niderlandzkim ma wersję emfatyczną i neutralną: czyli “ty” to jij albo je, a “on” to hij albo he. Druga osoba ma jednak bonus, w postaci formy u -- “ty” (grzecznościowej, czyli wobec profesora i prezydenta) -- coś jak ustéd po hiszpańsku. U jest takie samo w liczbie pojedynczej i mnogiej, co więcej, czasownik przy u też ma zawsze formę liczby pojedynczej. Do tej pory jest w miarę normalnie.

Ale, weźmy pod uwagę, że niderlandzki bardzo szybko się zmienia, i pojawi się hardkor. Otóż, we flamandzkiej wersji niderlandzkiego jeszcze do niedawna (czyli za dziecięctwa naszej landlady) zamiast jij (lub je) używano gij (ge), zarówno w liczbie mnogiej, jak i pojedynczej. Obecnie zamiast tego używa się jij, a w liczbie mnogiej jullie (co w luźnym, acz dosłownym tłumaczeniu znaczy “wy-ziomki” -- 40 lat temu w Belgii było to nieznane), a gij jest slangowe. Ale w holenderskiej wersji niderlandzkiego, gij i ge jest strasznie formalne i używa się go jedynie w poezji i w modlitwach, jak się do Bozi zwraca. Teraz wyobraźmy sobie, jak musi odbierać Flamandzki rap Holender...
Zatem, wiemy już, skąd się biorą dowcipy Holendrów, że Flamandowie to sobie panują nawet wśród przyjaciół na piwie. Belgowie nie pozostają dłużni zauważając (zgodnie z prawdą), że przynajmniej nie używają charczących dźwięków, podobnych do występujących w arabskim (prawda, Belgowie nie charczą przy mówieniu dzień dobry -- mówią po prostu goudemorgen [hujemorhen] -- co mimo fallicznych skojarzeń, jest nieco milsze w brzmieniu).

Te wszystkie zawiłości zaimkowe tłumaczył nam dzisiaj po zajęciach profesor od lingwistyki, Frank Van Eynde, czyli osoba ze wszech miar pod tym względem kompetentna. Zaimki rysował w tabelce podzielonej na część formalną i kolokwialną, a później robił dużo strzałek aby pokazać, gdzie te zaimki przewędrowały. Mam dziwne wrażenie, jakbym nie zapamiętał wszystkiego. Lingwista w Belgii nigdy się nie nudzi -- niderlandzki, jak mówiłem, zmienia się bardzo szybko. Co, jak zauważyła moja żona, bardzo pasuje kartelowi lingwistów i wydawców, a zapewne odbiera przyjemność życia nauczycielom i emerytom.

6.10.06

Rowery w Belgii, albo do as the Romans do

Po pierwsze, muszę przyznać: Belgowie wcale nie kłamali, gdy mówili o deszczu. Gdy tu przyjechaliśmy, przez pierwsze trzy tygodnie, pogoda była jak drut: słoneczko, 25 stopni -- pięknie po prostu. Belgowie mówili, że to nie jest normalna pogoda u nich i że zazwyczaj pada, a my się śmialiśmy (w końcu ponoć ich cechą narodową jest złe mówienie o sobie). Tym niemniej, trzy dni temu zaczęło padać. I od tej pory pada. I wygląda, jakby w przyszłości miało padać. Właściwie, to wygląda jakby nie miało przestać w tym roku.

Oczywiście, niby taki deszczyk to nic takiego. Ale jak się nie ma nic przeciwdeszczowego sensu stricto i musi jeździć na rowerze, to nie jest kolorowo. Jest mokro i z katarem.

Po drugie, kwestia rowerowa, o której ma być ten wpis. W Belgii samochody jeżdżą wzorowo (przynajmniej w Leuven): powolutku, przestrzegają pierwszeństwa, stają, gdy widzą pieszego który wygląda, jakby zaraz mógł chcieć przejść (ja się czuję nieco onieśmielony jak rozglądaniem się dookoła wstrzymuję ruch na głównej ulicy). Rowerzyści jednak jeżdżą jak popaprani. Pod prąd (a w całym mieście jest tylko jedna ulica jednokierunkowa również dla rowerów!), zajeżdżają drogę, jeżdżą całą szerokością ścieżki rowerowej, bez rąk, bez nóg, na czerwonym świetle... Widzieliśmy raz taką scenkę: koleś sobie jedzie, nie trzyma kierownicy, rozmawia przez telefon komórkowy... Wariat po prostu, samobójca! Nie wspominam już o zwykłym wymuszaniu pierwszeństwa -- kierowcy samochodów są tak do tego przyzwyczajeni, że ustępują rowerzystom nawet, jak są na rondzie, a rower wjeżdża na rondo. Ja nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajony i dlatego któregoś razu dobrą chwilę staliśmy naprzeciwko siebie na rondzie, patrząc sobie w oczy: ja i jakaś babka w samochodzie. Ale w końcu ruszyłem: if you are in Rome, do as the Romans do. Mówiąc krótko: jeśli chodzi o rowery, w Belgii panuje niemal totalna anarchia.

Teraz puenta. Ostatnio byliśmy na piwie z dwoma Włochami i jednym Węgrem ze sztucznej inteligencji. No i siedzieliśmy, narzekaliśmy na rozmiary piwa (zamówiliśmy 10 piw na 5 osób naraz, bo tak było taniej, i nikt niestety tego nie odczuł) i gadaliśmy o życiu w Leuven. No i nagle jeden z Włochów stwierdził mniej więcej coś takiego: Ale pod jednym względem ci Belgowie są nieco pierdolnięci... Strasznie się czepiają rowerzystów: wszędzie jakieś przepisy, tu nie można, bo pod prąd, tu znak stopu, tu trzeba światło włączyć... I jeszcze to egzekwują... U nas, w Mediolanie, to na rowerze możesz jeździć jak chcesz: panuje wolność i zdrowa anarchia.

(A moja żona właśnie odkryła, że nawet na papierosach Belgowie oszukują. Przyjrzała się swojej jedynej paczce mentolowych palmali, które sobie kupiła po długich negocjacjach za € 3.05 by przeczytać, że było w niej nie 20, a jedynie 19 papierosów.)

28.9.06

Filozofia w Leuven

Instytut Filozofii w Leuven ewidentnie nie odpowiada moim wymaganiom. Po pierwsze, jak już pisałem, ponieważ jest w nim aż dwóch filozofów analitycznych (dziewczynka, która nam o tym opowiadała niestety nie koloryzowała). Teraz się jednak dowiedzieliśmy, że wszyscy dwaj mają akurat w tym półroczu sabbatical i w związku z tym nie prowadzą żadnych zajęć.

Jednak rok zaliczyć trzeba, więc poszliśmy na próbę na zajęcia z Environmental Philosophy (tak, chodzi o “filozofię ekologii”). Szary łysawy facet siedzi przy biurku. Wokół siedzi w ławkach czterdziestu studentów z miną pt. “Jestem zblazowanym, postmodernistycznym intelektualistą humanistą”. Nie rozmawiają ze sobą, tylko patrzą wilkiem, w przerwach w notowaniu. No a o czym będą zajęcia? O tym mówi szary facet, wciąż siedząc przy biurku.

Otóż, zajęcia będą toczyć się wokół pytania Czy natura jest zła?. Ni mniej ni więcej, co gorsza: w duchu filozofii analitycznej. Pozwolę sobie na krótką analizę tego jakże pasjonującego pytania.

Po pierwsze, co to znaczy natura? Mam rzecz jasna pewne intuicje, wiem, że lasy tropikalne -- to natura, oceany -- natura, puchate króliczki -- natura, ale to chyba niezbyt wiele. Jakie jest dopełnienie tego terminu? Co jest “nienaturą”? Cuda, Bóg, anioły? Mocne założenie ontologiczne. A może po prostu dzieła człowieka. Ale: czemu niby homo sapiens, przez niektórych określany nawet “trzecim szympansem” ma się jakoś specjalnie wyróżniać. Zatem, natura to albo wszystko, albo prawie wszystko.

Po drugie -- zła. Również nie do końca wiadomo o co chodzi. Może jestem analitycznym prostakiem, ale zaryzykuję tezę, że trudno o zło w sensie absolutnym -- należy raczej mówić, o tym, że coś jest złe wobec czegoś innego.

Kolejna sprawa (może to moje polskie skrzywienie): jestem przyzwyczajony do przypisywania takich własności jak zło, dobro etc. podmiotom moralnym... Tak jakoś z Kanta kojarzę... Co więcej, natura (nawet w jej naiwnym pojmowaniu) składa się z wielu niejednorodnych elementów: są zarówno małe, puchate króliczki i paskudne orki, które wyskakują z wody na lód na przekąskę z pingwinów...

Zatem: teza liczy trzy słowa. Znaczenie dwóch z użytych terminów jest nie do końca jasne, a przy intuicyjnym i bardzo mało czepliwym podejściu do ich znaczeń mamy do czynienia z pomyłką kategorialną. Ewentualnie z jakimś tanim sentymentalizmem, polegającym na przypisywaniu zjawiskom fizycznym niechęci wobec ludzi. I to ostatnie wydaje się najbardziej prawdopodobne: pierwszy tekst miał dotyczyć trzęsienia ziemi w Lizbonie.

Powiem krótko i wulgarnie: ja pierdolę. Żaden, nawet najbardziej odjechany postmodernista, lewak i antyanalityk (przynajmniej na UW) nie odważyłby występować z takimi bzdurami. Zdarzają się oczywiście wypadku przy pracy (np. pani na seminarium Omyły-Wójtowicz mówiąca o przenikającej kosmos miłości), ale nie w wykonaniu profesora, przy pełnej akceptacji ze strony sali.

Moje rozwiązanie problemu Zła w Naturze brzmi “Co pan ciekawego nie powie...”. Albo “Ładną mamy dziś pogodę”. Z wariatami się nie dyskutuje, szczególnie w duchu filozofii analitycznej.

Na szczęście tego samego dnia poszliśmy na wykład z Fundamentals of AI w wykonaniu Danny'ego de Schreye. Facet okazał się sympatyczny, bardzo kontaktowy, nie siedział jak palant w trakcie wykładu. Póki co przedmiot bardzo przypadł mi do gustu i (co ważne) nikt nie ma nic przeciwko udziale w kursie dwojga filozofów z Polski.

Gdy mówiłem tutaj różnym ludziom, dlaczego chcę chodzić raczej na zajęcia Master of AI niż na filozoficzne, opowiadałem, że w Polsce przez kilka posiedzeń seminarium przeprowadzałem dowód, że funkcja Ackermanna jest rekurencyjna, ale nie pierwotnie rekurencyjna, a tutaj mi wyskakują z Heideggerem i Habermasem. Danny de Schreye był pierwszą osobą w Belgii, która załapała dowcip i się zaśmiała.

Oprócz tego, byliśmy na pierwszych zajęciach z lingwistyki formalnej, które powinny nam bardzo dobrze zrobić. Szczególnie, że nie zauważyłem podobnych zajęć w UW.

Poza tym, przyznam się, że studencie na kampusie Arenberg (gdzie znajdują się głównie kierunki inżynieryjne i okołomatematyczne) wydają mi się dużo sympatyczniejsi i... hm, normalniejsi. Nie patrzą na mnie jak na idiotę ponieważ chodzę w bojówkach i czerwonej bluzie. Czasem coś mówią do siebie na zajęciach. Nie robią szczegółowych a bezużytecznych notatek. I choć strasznie dużo z nich pochodzi z Chin, Korei albo Wietnamu, jest żóltych i czasem nie da się zrozumieć, o co im chodzi po angielsku -- czuję się wśród nich dużo lepiej niż wśród politycznie poprawnych WASP-ów na filozofii.

A smutna prawda jest taka: jakbym wrócił do Polski i opowiedział, że przez rok zajmowałem się odpowiedzią na pytanie, czy natura jest zła, sporo ludzi mogłoby mnie wyśmiać. Z Pryncypałem na czele. I mieliby przy tym sto procent racji.

23.9.06

O tym, jak przestałem używać KDE

Studenci belgijscy (a przynajmniej K.U. Leuven i kilku innych instytucji) nie mają problemów z dostępem do Sieci. Istnieje bowiem takie coś, co nazywa się Kotnet (etymologię należy wywodzić nie od kota, a od kota, czyli po niderlandzku (prawdopodobnie) mieszkania studenckiego). Wystarczy, aby w budynku był jeden modem UPC -- wtedy należy się do niego podłączyć, podać swój login i hasło i można hulać. Nie ma przy tym tak typowych dla polskich mieszkań studenckich problemów z podziałem pasma -- każdy ma swoje 200 kb na sekundę. Jest co prawda nałożony limit 4 GB na dałnlołd i 1 GB na aplołod, ale w normalnych warunkach jest niezauważalny. Za ten cały luksus płaci się cenę śmieszną jak na polskie warunki nawet, nie wspominając już o belgijskich -- nam wychodzi 1,5 € na miesiąc.

Niestety, nie ma róży bez kolców. Pod Kotnetem większość repozytoriów Ubuntu chodzi średnio, a czasem nawet w ogóle nie chodzą. Jako że dość często instaluję nowe rzeczy, dość szybko zauważyłem, że coś jest nie tak, nie kojarząc jednak tego faktu z siecią uniwersytecką... Więc zacząłem grzebać w sources.list... I przypadkowo jakoś repozytoria Edgy Efta chodziły wyjątkowo sprawnie. A w Edgym jest nowa wersja Gnoma...

Niestety, jakoś nie miałem nastroju na apgrejd całej dystrybucji i postanowiłem tylko Gnoma sobie ściągnąć. Efekt był żałosny -- skończyłem z połowicznie zaktualizowanym Gnomem, który robił wszystko, tylko nie działał, bez możliwości cofnięcia aktualizacji -- system złośliwie pamiętał, że najnowsza wersja to jest ta z Edgyego, a nie Dappera, a nie ma w Debianie możliwości masowego dałngrejdowania... Jedynym wyjściem było odinstalowanie prawie wszystkiego. Gdy to już zrobiłem, okazało się, że repozytoria nie chodzą albo zrywają połączenie. Zatem, chcąc nie chcąc, musiałem przesiąść się na kilka dni na KDE -- bo KDE *działało*.

Dzisiaj na szczęście udało mi się wreszcie znaleźć działające w Kotnecie repozytoria i mogłem podziękować okienkom sponsorowanym przez literkę K. Podaje je ku przestrodze (i jakbym kiedyś miał zapomnieć):
deb ftp://ftp.easynet.be/ubuntu edgy main restricted universe multiverse
deb ftp://ftp.easynet.be/ubuntu edgy-updates main restricted
deb ftp://ftp.easynet.be/ubuntu edgy-security main restricted

16.9.06

Jak nie należy podróżować do Belgii

...a przynajmniej do Leuven.

Przede wszystkim nie należy podróżować bez rezerwacji. My tak zrobiliśmy i byliśmy z tego powodu bardzo niezadowoleni.

Na samolot byliśmy dużo przed czasem, więc wynudziliśmy się koszmarnie. Etiuda niestety wcale nie wygląda jak Schiphol, Fiumicino czy inne lotniska, które zapamiętałem. Nie ma stu tysięcy sklepów z egzotycznymi rzeczami, które są dużo tańsze niż gdzie indziej, nie ma też dobrego żarcia. Jest za to Coffee Heaven i Baltona. Określenie "dworzec lotniczy" pasuje jak ulał.

Przelot sam w sobie był bezproblemowy -- może było trochę mało miejsca na kolana (z przyczyn ontologicznych w sytuacji awaryjej nie udałoby mi się położyć tułowia na kolanach tak jak było pokazane na ulotce), może nie dawali jeść -- ale świadomość, że się wydało jedynie 130 zł jest w stanie wiele wynagrodzić. Poza tym, lot się odbył planowo, nikt też nie zgubił naszego bagażu. Generalnie, polecam Wizzair.

Charleroi -- cóż, znów bez rewelacji. Lotnisko jak lotnisko. Za to, miła niespodzianka, za 10,40 euro dało się kupić bilet na autobus na dworzec Charleroi Sud i stamtąd do dowolnej stacji kolejowej w całej Belgii.

Pociągi belgijskie -- fajne. Jeżdzą szybko, punktualnie, a na peronie pracownik sam z siebie się zapytał, czy może jakoś nam pomóc (mógł, belgijskie rozkłady jazdy nie są do końca intuicyjne). A Belgia z okien pociągu wygląda zupełnie jak Śląsk. Nasze Intercity jakoś wydaje się bardziej komfortowe (chociaż wolniej jedzie i jest relatywnie droższe).

W Leuven znaleźliśmy się o 23oo -- i tu się zaczęły, że tak powiem, schody. Idziemy od hotelu -- brak wolnych miejsc. Znajdujemy hostel by stwierdzić, że jest zamknięty od kwadransa, ciemno, głucho. Przypadkowo pojawił się tam belgijski policjant -- połaził, poświecił latarką, ale też nie udało mu się niczego wskórać (belgijscy policjanci są bardzo mili, ale chyba jakoś nie zdãżają specjalnie mocno -- skoro nawet nie potrafią sprawić swym autorytetem, aby hostel otworzyli). Policja odjechała, a nasza sytuacja malowała się następująco: ja, żona, dwa plecaki, dwie walizki, totalne zadupie, gdzieś na Zachodzie, najbliższa możliwość czekinu: za siedem godzin. Tutaj muszę nadmienić, że to była już nasza druga doba bez snu -- poprzednią noc spędziliśmy pracowicie na pakowaniu. Niedobrze.

Cóż było robić: bagaż zapakowaliśmy do schowków na dworcu (ich obsługa to też była przygoda sama w sobie) i rozpoczęliśmy nocną wędrówkę po Leuven... Przekonaliśmy się, że belgijski Makdonald to nie do końca to samo co polski: cholernie, nawet jak na belgijskie warunki, drogi, hamburgery niesmaczne, w kiblu automat do mycia rąk, i co najgorsze: liptonajsti była gazowana...

W trakcie naszego spaceru obejrzeliśmy wszystkie ulice... Dosłownie *wszystkie*...

O siódmej piętnaście przyszła do schroniska wreszcie recepcjonistka. Po 41 godzinach wreszcie mogliśmy pójść spać.

Dobra rada -- nie przyjeżdżajcie do Leuven wieczorem, jeśli nie macie zapewnionego noclegu.

A z nowości: byliśmy w Ikei, a mój (nowowynajęty) rower z jakichś dziwnych przyczyn skręca w prawo, co o mało nie wpakowało mnie pod autobus. Będę musiał odbyć męską rozmowę z facetami w Velo (wypożyczalni rowerów). A co najmniej: wymienić rower. Na taki bez prawicowych zboczeń.

15.9.06

Z czym Wam się kojarzy Belgia?

W moim wypadku lista będąca odpowiedzią na tytułowe pytanie była (przed wyjazdem, rzecz jasna) następująca:

  1. Inspektor Herkules Poirot, bohater kryminałów Agathy Christie

  2. Unia Europejska, Bruksela, biurokracja, eurokracja

  3. Piwo, ze szczególnym uwzględnieniem Stella Artois.


Teraz, kiedy jestem na miejscu, dokonałyby się następujące zmiany:

  1. Herkules Poirot odpada, ponieważ mówił po francusku. A w znakomitej części Belgii nie mówią wcale w języku Woltera, a szwargoczą po niderlandzku. Język niderlandzki jest przezabawny. Jeśli bym miał określic genezę jego powstania, byłaby następująco: zamknięto razem Słowaka i Polaka (albo Słowaka i Czecha bądź Czecha i Polaka) którzy doskonale znali niemiecki i mieli dość blade pojęcie o angielskim... Dostarczono im beczkę piwa, słownik angielski i kazano mówić po angielsku... Następnie eksperymentator zapisał to, co im wyszło i nazwał niderlandzkim. Dodam, że eksperymentator miał bardzo ekscentryczne poglądy na ortografię, a litery poszczególnych haseł w słowniku zostały spermutowane --- dlatego rodzajnik określony brzmi “het” zamiast “the”. Gdyby nie fakt, że prawie wszyscy Flamandowie znają oprócz niderlandzkiego francuski i angielski, mielibyśmy nieły problem... A tak tylko czasem wstydzimy się naszego kiepskiego akcentu po angielsku.

  2. Kocham belgijską biurokrację. Naprawdę. Urzędnicy są bardzo mili, uczynni, ładnie mówią po angielsku i ze wszystkich sił starają się pomóc. Co więcej, zazwyczaj im się to udaje. Tolerują również setki tysięcy dziwnych pytań, którymi ich zamęczam. Rozumiem, całkowicie, dlaczego Belg udaje się do urzędnika bez strachu i stara mu się powiedzieć jak najwięcje -- w końcu dzięki temu uda się mu rozwiązać jakiś problem. Gdyby w Polsce tak było... A swoją drogą, dużo radości sprawiłoby mi obserowanie, jak belg jest zmuszony radzić sobie z polskimi urzędami... I jaki by to miało wpływ na jego światopogląd.

  3. Piwo. Tak, proszę państwa. Piwo jest naprawdę świetne. I stosunkowo tanie -- 1,70 euro, czyli około 5 zł. Właściwie, to piwo jest jedyną rzeczą, która kosztuje tyle samo co w Polsce (no, prawie, bo piwo podają w małych szklankach). Cała reszta jest ze dwa razy droższa, za wyjątkiem usług bankowych, które są naprawdę o wiele tańsze (rozważamy korzystanie z belgijskiego konta po powrocie do Polski).


Oprócz tego wszystkiego, dodałbym jeden, badzo ważny punkt. Śmieci. Belgia kojarzy się ze śmieciami. Wszyscy ogarnięci są manią segregacji śmieci. Nie ma czarnych worków na śmieci. Są worki niebieskie, zielone i brązowe, które można kupić tylko w wyznaczonych punktach i kosztują niemało. Do każdego worka idzie inny rodzaj śmieci: organiczne, butelki i (umyte!) tetrapaki, cała reszta (worki na całą resztę kosztują najdrożej). Śmieci zbiera się do odpowiendnich worków i wystawia w określone dni tygodnia (jak na mój gust, zbyt rzadko). Efekt jest trochę straszny -- jak przyjechaliśmy, całe miasto śmierdziało śmietnikiem. Gorzej było, jak chcieliśmy sobie zobaczyć przedmieście Kessel-Lo -- trafiliśmy na dzień odbioru kompostu... Byliśmy w stanie wejść jedynie na 30 metrów w głąb, bo dalej dostawaliśmy odruchu wymiotnego. Jak się możecie domyślić, nie zwiedziliśmy w końcu Kessel-Lo.

Tak, cokolwiek by nie powiedzieć, życie w Leuven toczy się w rytm zbierania śmieci.

Oprócz tego, Leuven jest bardzo ładnym miasteczkiem, wynajęliśmy sobie rowery i mamy całkiem ładne mieszkanko z kawałkiem ogródka (no dobra, coś w rodzaju bungalowu dobudowanego do domu i sporą hodowlę pająków, ale trzeba patrzeć optymistycznie na świat). Niedługo oczekujcie naszych dalszych przygód, a w szczególności -- opisu naszej przeprowadzki i podróży (przygody były o tyle męczące, że wciąż nie mam jeszcze siły na opisanie ich -- ale niedługo zbiorę siły).

(A jakby ktoś nie wiedział: w Belgii jesteśmy w związku ze stypendium Socrates/Erasmus i będziemy tutaj przez najbliższy rok.)