“Bardzo cię, chłopie, polubiłem! Bo wszystke Ryśki to fajne chłopaki” -- jakoś tak mówił do Ryszarda Ochódzkiego pan minister w “Misiu”. Scena jest niewątpliwie jedną z najbardziej zapadających w pamięć.
Jak się przedstawiam, często wygląda to mniej więcej tak: mówię, że mam na imię Ryszard. U rozmówcy chwila intensywnego myślenia (trybiki się poruszają, chomik zasuwa w swoim kółeczku), grymas zrozumienia i przypomnienia (żaróweczka się zapaliła), bardzo szeroki uśmiech i “Bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!” (Buhaha).
A teraz Tym postanowił nakręcić kontynuację Misia i zatytułował ją... “Ryś”. I o ile Miś z racji swojego wieku nie jest (jak to mawiają szpece od reklamy) on top of de majnd, o tyle nowy film zapewne będzie...
Ciężko będzie, ciężko...
Oczywiście, tak naprawdę to jestem wielkim miłośnikiem Misia i nie cierpię jakoś strasznie z powodu skojarzeń, jakie budzi moje imię... Ale co sobie będę żałował zrzędzenia. ;-)
PS. Mam nadzieję, że linki na Onecie nie ruszają się...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
2.8.06
29.7.06
Ze skrajności w skrajność
Wczorajszy dzień (piątek, znaczy się) spędziłem rozdarty między dwiema skrajnościami.
Z rana udałem się (zgodnie z moim obyczajem ostatnimi czasy) do Wielkiego Babilonu, znaczy się do pracy. Tam bardzo ciężko pracowałem, dowiedziałem się, że klientowi bardzo się spodobały dwie moje propozycje, aby przejść z pomieszczenia do pomieszczenia musiałem pikać drzwi specjalną kartą (jak karta miejska, z tą różnicą, że pika przyjemniej i jest przymocowana do smyczy Rapp Collins). Wreszcie, dowiedziałem się od głównego speca od komputerów, że jako stażysta nie mogę korzystać sprawdzać poczty jak człowiek w lotus nołts, a jedynie w okienku przeglądarki, co ma tę wadę, że (w przeciwieństwie do drzwi) nie pika i zazwyczaj nie zauważam mejli. Słowem, dzień jak co dzień w życiu Babilończyka. Pełna kultura, korporacyjna, oczywiście.
A wieczorem... Wieczorem było off-owo. Poszliśmy sobie z Julką na Cypel Czerniakowski, pooglądać filmy pod mostem Łazienkowskim. Najpierw film dokumentalny o jakichś ludziach przebierających się w futro i skaczących z krowimi dzwonkami (jak się później okazało, działo się to w Słowenii). Później prześmieszny film paradokumentalny o animatorze kultury, a właściwie parodia ckliwego filmu dokumentalnego (smaczku dodawało to, że na początku nie byliśmy pewni, czy film jest para-, czy też po prostu dokumentalny).
Wreszcie, clou programu, czyli stare PRL-owskie filmy propagandowe i dydaktyczne. O melioracji, o dbaniu o stopy, o Związku Radzieckim, o młodych radzieckich przyrodnikach i o oczyszczaniu zboża. Jak można sobie wyobrazić, były one w gruncie rzeczy dość nudne, ale za to bardzo przyjemne na zasadzie “funny-but-not-meant-to-be-funny”. Za wyjątkiem filmu edukacyjnego o płaskostopiu, który był rewelacyjny -- ciekawy, zabawny, na cholernie nudny temat -- majstersztyk szeroko pojętego filmiku reklamowego.
Most Łazienkowski do oglądania filmów okazał się bardzo przytulny, samochody nie hałasowego, komary (wbrew przewidywaniom) nie cięły, staroświecki projektor 16 mm miło tyrkał, piwo przynieśliśmy własne. Po pokazie większość towarzystwa udała się na barkę rzeczną “Herbatnik” imprezować, jednak wydawali się bardzo mocno zżyci (w sensie, wszyscy się znali), więc uznaliśmy, że delikatność nie pozwala nam się wpraszać i udaliśmy się spacerkiem do domu.
Cała impreza była możliwa dzięki ludziom z fundacji Ja Wisła, którzy, odkrywszy na Cyplu Czerniakowskim wspomnianą już barkę, postanowili zrewitalizować to miejsce. Planują różne bajery, skansen, port rzeczny i bugwiecojeszcze. Póki co wychodzi im to świetnie (co najważniejsze, bezpretensjonalnie). Mogę tylko powiedzieć (napisać), że kibicuję z całego serca.
Następny pokaz filmowy odbędzie się jutro.
Z rana udałem się (zgodnie z moim obyczajem ostatnimi czasy) do Wielkiego Babilonu, znaczy się do pracy. Tam bardzo ciężko pracowałem, dowiedziałem się, że klientowi bardzo się spodobały dwie moje propozycje, aby przejść z pomieszczenia do pomieszczenia musiałem pikać drzwi specjalną kartą (jak karta miejska, z tą różnicą, że pika przyjemniej i jest przymocowana do smyczy Rapp Collins). Wreszcie, dowiedziałem się od głównego speca od komputerów, że jako stażysta nie mogę korzystać sprawdzać poczty jak człowiek w lotus nołts, a jedynie w okienku przeglądarki, co ma tę wadę, że (w przeciwieństwie do drzwi) nie pika i zazwyczaj nie zauważam mejli. Słowem, dzień jak co dzień w życiu Babilończyka. Pełna kultura, korporacyjna, oczywiście.
A wieczorem... Wieczorem było off-owo. Poszliśmy sobie z Julką na Cypel Czerniakowski, pooglądać filmy pod mostem Łazienkowskim. Najpierw film dokumentalny o jakichś ludziach przebierających się w futro i skaczących z krowimi dzwonkami (jak się później okazało, działo się to w Słowenii). Później prześmieszny film paradokumentalny o animatorze kultury, a właściwie parodia ckliwego filmu dokumentalnego (smaczku dodawało to, że na początku nie byliśmy pewni, czy film jest para-, czy też po prostu dokumentalny).
Wreszcie, clou programu, czyli stare PRL-owskie filmy propagandowe i dydaktyczne. O melioracji, o dbaniu o stopy, o Związku Radzieckim, o młodych radzieckich przyrodnikach i o oczyszczaniu zboża. Jak można sobie wyobrazić, były one w gruncie rzeczy dość nudne, ale za to bardzo przyjemne na zasadzie “funny-but-not-meant-to-be-funny”. Za wyjątkiem filmu edukacyjnego o płaskostopiu, który był rewelacyjny -- ciekawy, zabawny, na cholernie nudny temat -- majstersztyk szeroko pojętego filmiku reklamowego.
Most Łazienkowski do oglądania filmów okazał się bardzo przytulny, samochody nie hałasowego, komary (wbrew przewidywaniom) nie cięły, staroświecki projektor 16 mm miło tyrkał, piwo przynieśliśmy własne. Po pokazie większość towarzystwa udała się na barkę rzeczną “Herbatnik” imprezować, jednak wydawali się bardzo mocno zżyci (w sensie, wszyscy się znali), więc uznaliśmy, że delikatność nie pozwala nam się wpraszać i udaliśmy się spacerkiem do domu.
Cała impreza była możliwa dzięki ludziom z fundacji Ja Wisła, którzy, odkrywszy na Cyplu Czerniakowskim wspomnianą już barkę, postanowili zrewitalizować to miejsce. Planują różne bajery, skansen, port rzeczny i bugwiecojeszcze. Póki co wychodzi im to świetnie (co najważniejsze, bezpretensjonalnie). Mogę tylko powiedzieć (napisać), że kibicuję z całego serca.
Następny pokaz filmowy odbędzie się jutro.
28.6.06
Frege a Fitzcarraldo (z teoriomnogościową definicją funkcji w tle)
Jeżeli tropikalne upały, które nawiedziły ostatnio Warszawę, spędza się czytając dzieła semantyczne Fregego (w tłumaczeniu Wolniewicza), nie ma co się dziwić, że skojarzenia ma się co najmniej dziwne. Dlatego nie dziwiłem się wcale, że Frege zaczął mi się kojarzyć przede wszystkim z filmem Fitzcarraldo Wernera Herzoga, z Klausem Kinskym i Claudią Cardinale.

Fitzcarraldo opowiada, jak niektórzy może wiedzą, o miłośniku opery opętanym myślą o wybudowaniu opery z prawdziwego zdarzenia w Iquitos, który aby zdobyć pieniądze na realizację swojego szalonego przedsięwzięcia stara się m.in. przetransportować parostatek przez górę w dżungli, w celu wytyczenia nowej drogi transportu kauczuku. Całość kończy się (jak można było przewidzieć) efektowną katastrofą (Fitzcarraldo nie dogaduje się z Indianami, którzy widzą w statku narzędzie realizacji swojego proroctwa religijnego, więc odcinają go z cum i dryfują w kierunku wielkiego wodospadu), jednak Fitzcarraldo ma jeszcze tyle pieniędzy, aby sprowadzić Caruso i resztę ekipy aby zaśpiewali na łódkach dla niego -- mamy więc happy end. Pikanterii całemu filmowi dodaje fakt, że Herzog bardzo nie lubił efektów specjalnych i na potrzeby filmu zużył dwa parostatki, z czego jeden faktycznie przeniósł przez górę, a drugi puścił z prądem przez wodospad (cały czas filmując w środku).
Dlaczego akurat z tym filmem mi się Frege skojarzył? Frege starał się zrobić coś, co na pierwszy rzut oka (na drugi zresztą też) wydaje się być nieco szalone: stworzyć ideografię, która pozwoliłaby mu zapisywać myśli (tzn. chodzi o to, aby zdania zapisane za pomocą tejże ideografii posiadały tylko jeden określony sens). Nie sądzę, aby ten cel udało mu się w pełni zrealizować (o niedostatkach liniowo uporządkowanych kwantyfikatorów pisze np. Hintikka), jednakże to właśnie dzięki Fregemu logika europejska wyrwała się z okowów sylogistyki, dając Gottlobowi zasłużone miejsce w panteonie obok Arystotelesa, Gödla i Tarskiego. Czyli poniekąd sytuacja podobna do filmu Herzoga: jest happy end, ale na nieco mniejszą skalę niż chciałby główny bohater (pomińmy fakt, że Frege swojego happy endu się nie doczekał).

Za życia Frege był dość mocno niedoceniony (na jego zaawansowane wykłady z ideografii logicznej uczęszczały trzy osoby: Carnap, kolega Carnapa i pewien niewymieniony z nazwiska emerytowany wojskowy), zdarzały mu się też niezłe gafy, jak polemika z nieżyjącym oponentem, Brunonem Kerrym.
Uważany za jednego z ojców założycieli filozofii analitycznej, w niektórych jego pismach nie brak fragmentów całkiem ładnych literacko i wręcz poetyckich, jak na przykład w artykule Myśl. Studium logiczne. Leciutki żar mistyczny da się odczuć, gdy pisze on o Trzecim Królestwie (czyli, mówiąc po ludzku, platońskim niebie).
Wreszcie, miałem pewną zagwozdkę z analizą następującego fragmentu artykułu Co to jest funkcja? (1904):
Chciałoby się rzec, że tutaj wielki Frege najzwyczajniej w świecie źle przewidział, bo obecnie byle student filozofii po logice 1 jest w stanie podać teoriomnogościową definicję funkcji jako zbioru par uporządkowanych spełniających warunek jednoznaczności. Przeszukawszy Internet, przeczytałem jednak, że nowoczesną definicję funkcji mieli podać niezależnie Dirichlet i Łobaczewski, w pierwszej połowie XIX wieku. Czyżby Frege aż tak nie zdãżał?
Dalsze poszukiwania dowiodły jednak, że to Wikipedia słabo zdãża. Definicja Dirichleta z 1937 roku jest dość problematyczna (za tym artykułem):
Cały problem ukrywa się w niewinnym, zdawałoby się, sformułowaniu a rule according to which. Jaka ma być ta zasada? Co to jest zasada? Czy ma ona być obliczalna, czy...? Definicja jest co najmniej problematyczna.
Jak się okazuje, w XIX-wiecznej matematyce była cała wielka dyskusja na temat definicji funkcji. Szukano ,,naturalnej'' definicji funkcji, wszystkie jednak definicje okazywały się za wąskie -- udawało się wymyślić dla nich odpowiedniego potworka.
Nie udało mi się znaleźć, kto w końcu sformułował teoriomnogościową definicję funkcji. W jednym artykule podaje się jako autora Patryka Suppesa, jednak mi się wydaje dość mocno podejrzane, żeby dokonano tego dopiero w 1960 roku. Pytanie to mnie zafrapowało do tego stopnia, że aż wysłałem w tej sprawie list do Pryncypała...
Wracając zaś do Fregego: może się pomylił, ale był to błąd poniekąd wybitny... NIe powinniśmy mieć o to do niego pretensji, tak jak nie będziemy mieli pretensji do adherentów róznych hipotez odnośnie do problemu P vs NP, jak (jeśli) kiedyś wreszcie zostanie rozwiązany.
edit@29/06/2006 11:35: w odpowiedzi na mojego mejla z pytanie o pochodzenie definicji funkcji Pryncypał napisał:
Póki co jestem uziemiony (nie poświęcę egzaminu z filozofii analitycznej aby jechać przeglądać Principia, a wersja oferowana przez Gógla do przeglądania jest okrojona), więc odwołanie się do autorytetu Pryncypała musi szanownym czytelnikom wystarczyć.
Fitzcarraldo opowiada, jak niektórzy może wiedzą, o miłośniku opery opętanym myślą o wybudowaniu opery z prawdziwego zdarzenia w Iquitos, który aby zdobyć pieniądze na realizację swojego szalonego przedsięwzięcia stara się m.in. przetransportować parostatek przez górę w dżungli, w celu wytyczenia nowej drogi transportu kauczuku. Całość kończy się (jak można było przewidzieć) efektowną katastrofą (Fitzcarraldo nie dogaduje się z Indianami, którzy widzą w statku narzędzie realizacji swojego proroctwa religijnego, więc odcinają go z cum i dryfują w kierunku wielkiego wodospadu), jednak Fitzcarraldo ma jeszcze tyle pieniędzy, aby sprowadzić Caruso i resztę ekipy aby zaśpiewali na łódkach dla niego -- mamy więc happy end. Pikanterii całemu filmowi dodaje fakt, że Herzog bardzo nie lubił efektów specjalnych i na potrzeby filmu zużył dwa parostatki, z czego jeden faktycznie przeniósł przez górę, a drugi puścił z prądem przez wodospad (cały czas filmując w środku).
Dlaczego akurat z tym filmem mi się Frege skojarzył? Frege starał się zrobić coś, co na pierwszy rzut oka (na drugi zresztą też) wydaje się być nieco szalone: stworzyć ideografię, która pozwoliłaby mu zapisywać myśli (tzn. chodzi o to, aby zdania zapisane za pomocą tejże ideografii posiadały tylko jeden określony sens). Nie sądzę, aby ten cel udało mu się w pełni zrealizować (o niedostatkach liniowo uporządkowanych kwantyfikatorów pisze np. Hintikka), jednakże to właśnie dzięki Fregemu logika europejska wyrwała się z okowów sylogistyki, dając Gottlobowi zasłużone miejsce w panteonie obok Arystotelesa, Gödla i Tarskiego. Czyli poniekąd sytuacja podobna do filmu Herzoga: jest happy end, ale na nieco mniejszą skalę niż chciałby główny bohater (pomińmy fakt, że Frege swojego happy endu się nie doczekał).
Za życia Frege był dość mocno niedoceniony (na jego zaawansowane wykłady z ideografii logicznej uczęszczały trzy osoby: Carnap, kolega Carnapa i pewien niewymieniony z nazwiska emerytowany wojskowy), zdarzały mu się też niezłe gafy, jak polemika z nieżyjącym oponentem, Brunonem Kerrym.
Uważany za jednego z ojców założycieli filozofii analitycznej, w niektórych jego pismach nie brak fragmentów całkiem ładnych literacko i wręcz poetyckich, jak na przykład w artykule Myśl. Studium logiczne. Leciutki żar mistyczny da się odczuć, gdy pisze on o Trzecim Królestwie (czyli, mówiąc po ludzku, platońskim niebie).
Wreszcie, miałem pewną zagwozdkę z analizą następującego fragmentu artykułu Co to jest funkcja? (1904):
Osobliwości znaków funkcyjnych, zwanej przez nas nienasyceniem, odpowiada naturalnie coś w samych funkcjach. Je także można nazwac nienasyconymi, pokreślając tym samym ich zasadniczą odmienność od liczb. Nie jest to oczywiście definicja, bo żadnej definicji podać się nie da.
Chciałoby się rzec, że tutaj wielki Frege najzwyczajniej w świecie źle przewidział, bo obecnie byle student filozofii po logice 1 jest w stanie podać teoriomnogościową definicję funkcji jako zbioru par uporządkowanych spełniających warunek jednoznaczności. Przeszukawszy Internet, przeczytałem jednak, że nowoczesną definicję funkcji mieli podać niezależnie Dirichlet i Łobaczewski, w pierwszej połowie XIX wieku. Czyżby Frege aż tak nie zdãżał?
Dalsze poszukiwania dowiodły jednak, że to Wikipedia słabo zdãża. Definicja Dirichleta z 1937 roku jest dość problematyczna (za tym artykułem):
If a variable y is so related to a variable x that whenever a
numerical value is assigned to x, there is a rule according to which a
unique value of y is determined, then y is said to be a function of the
independent variable x.
Cały problem ukrywa się w niewinnym, zdawałoby się, sformułowaniu a rule according to which. Jaka ma być ta zasada? Co to jest zasada? Czy ma ona być obliczalna, czy...? Definicja jest co najmniej problematyczna.
Jak się okazuje, w XIX-wiecznej matematyce była cała wielka dyskusja na temat definicji funkcji. Szukano ,,naturalnej'' definicji funkcji, wszystkie jednak definicje okazywały się za wąskie -- udawało się wymyślić dla nich odpowiedniego potworka.
Nie udało mi się znaleźć, kto w końcu sformułował teoriomnogościową definicję funkcji. W jednym artykule podaje się jako autora Patryka Suppesa, jednak mi się wydaje dość mocno podejrzane, żeby dokonano tego dopiero w 1960 roku. Pytanie to mnie zafrapowało do tego stopnia, że aż wysłałem w tej sprawie list do Pryncypała...
Wracając zaś do Fregego: może się pomylił, ale był to błąd poniekąd wybitny... NIe powinniśmy mieć o to do niego pretensji, tak jak nie będziemy mieli pretensji do adherentów róznych hipotez odnośnie do problemu P vs NP, jak (jeśli) kiedyś wreszcie zostanie rozwiązany.
edit@29/06/2006 11:35: w odpowiedzi na mojego mejla z pytanie o pochodzenie definicji funkcji Pryncypał napisał:
Zgodnie z moim rozeznaniem takie pojęcie funkcji niewątpliwie pojawia się w
Principia Mathematica i bardzo możliwe, że pochodzi od Russella.
Nawiasem mówiąc podane określenie Łobaczewskiego jest zgodne z tym
rozumieniem funkcji.
Póki co jestem uziemiony (nie poświęcę egzaminu z filozofii analitycznej aby jechać przeglądać Principia, a wersja oferowana przez Gógla do przeglądania jest okrojona), więc odwołanie się do autorytetu Pryncypała musi szanownym czytelnikom wystarczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)