Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogólne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogólne. Pokaż wszystkie posty

16.2.08

szopa, reaktywacja (życie po google)

Cóż, muszę przyznać, że ostatnio dość okrutnie zaniedbałem bloga. Odczułem to z cała mocą gdy postanowiłem z czystej ciekawości zajrzeć sobie tutaj i zdałem sobie sprawę, że... nie pamiętam własnego adresu. Nie zamierzam się jednak z tego zaniedbania tłumaczyć. Tak samo, jak przejdę do porządku dziennego nad złamaniem obietnicy z jednego z wcześniejszych postów (czytelnicy zostają niniejszym skazani na swoje domysły nt. dlaczego czescy hydraulicy nie podbiją Europy).

Najbardziej nośne blogowo zdarzenie z mojego życia wykorzystała już niestety dość mocno moja żona, więc mi pozostają jedynie komentarze. W wielkim skrócie: werbowało mnie Google. Werbowało bardzo intensywnie, poprzez jedną rozmowę z rekruterem, trzy godzinne rozmowy z inżynierami i niezliczoną ilość mejli. Przez niemal dwa miesiące Google był istotną częścią mojego życia. Oczywiście, strasznie mi było przykro, gdy Google powiedziało, że mi dziękuje, ale jednak nie kocha i nie chce, abym pracował u nich jako Site Reliability Engineer (czyli taki überadmin, który się zajmuje dużymi ilościami komputerów naraz -- co sprawia, że jego praca polega bardziej na automatyzacji niż administracji):
It was a pleasure speaking with you regarding the Software Engineer Google.com position [tutaj najwyraźniej arcyrekruterowi na Europę musiało się rabnąć przy copy&paste -- RS]. I have updates from your interviews and am afraid we will not be moving forward in the process. The Hiring Committee reviewed your background and experience, and felt that we do not have a position that is a strong match with your qualifications at this time.

Przyznam, że oprócz normalnego w tej sytuacji zawodu odczułem duże zaskoczenie: moje wrażenia po trzeciej rozmowie były jak najlepsze. Wręcz byłem nieco dumny, że udało mi się ugryźć problem --- szacowanie czasu działania algorytmu sortującego duuuuże ilości danych (tak, nie pomyliłem się, szacowanie czasu, a nie czasowej złożoności obliczeniowej).

Inna sprawa, że o tym, że nie jestem idealnym kandydatem na SRE mogłem Góglowi powiedzieć od razu. Ba, nawet powiedziałem, dwa razy. Skoro jednak Google parł dalej... No cóż, przecież to Google, miałem prawo zakładać, że wiedzą co robią (w końcu mogli przeprowadzić badania z których wynikało, że filozofowie zajmujący się Lispem i Language Engineering są świetnymi SREkami).

Tym niemniej, nie mogę powiedzieć, abym nie wyszedł korzystnie na całej imprezie. Po pierwsze, wielu moich znajomych i przyjaciół dzielnie mnie wspierało przez cały czas trwania procesu rekrutacji. To było bardzo miło, a zarazem trochę zaskakujące. Wszystkim, którzy mnie wspierali bardzo dziękuję. Specjalne podziękowania należą się w tym miejscu Kazikowi, który momentami się przejmował chyba bardziej ode mnie.

Po drugie, sam fakt, że Google się mną zainteresował sprawił, że znalazłem się w centrum (lub w jego okolicach --- ale wolę myśleć, że w samym centrum) zainteresowania niejednej imprezy towarzyskiej (To jest Rysiek, mąż Juli. Ostatnio GOOGLE do niego zadzwoniło!). (Mam pewne obawy niestety, że opowieść o mojej porażce będzie mniej nośna towarzysko.)

Po trzecie, przygotowując się do rozmów strasznie dużo się nauczyłem. Przerobiłem sobie sporą część Cormen et al., dowiadując się między innymi co to jest heapsort, drzewa czerwono-czarnych i B-drzewa. Dowiedziałem się co to jest stos OSI i TCP/IP, czym się różni TCP od UDP i wiele innych tego typu pasjonujących rzeczy. Potrafię powiedzieć, co się dzieje od momentu wpisania adresu w pasku przeglądarki do zrenderowania się strony. (O ile po Cormena być może sam z siebie bym sięgnął, o tyle gdyby nie cała afera z Google na protokołach sieciowych znałbym się zapewne jak wcześniej, czyli jak kura na pieprzu.)

Na koniec, wiadomość autentycznie dobra i (dla odmiany) ani trochę nie podszyta redukcją dysonansu poznawczego: mam wreszcie tytuł pracy magisterskiej! Brzmi on Definitions and theories of truth. Prawdopodobnie ulegnie jeszcze zmianie. Wraz z dr. Cezarym Cieślińskim staraliśmy się go tak dobrać, aby miał szansę zostać zaakceptowany przez radę, a jednocześnie nie zobowiązywał do niczego, z czego mógłbym chcieć się wycofać gdy już zacznę rozumieć o czym chcę pisać...

2.3.07

Niderlandzka język bardzo trudna język

Ostatnio na pewnym (anglojęzycznym) seminarium przydarzyła mi się następująca sytuacja: prowadzący zapytał, czy ktoś ma jakieś pytanie, na co jeden z uczestników zadał pytanie. Po niderlandzku. Było to ekstremalnie dziwne, ponieważ (a) jak już wspomniałem, językiem wykładowym był angielski (b) Flamandzi generalnie bardzo dobrze mówią po angielsku. Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, moje (poprzednie) zdziwienie podzielał prowadzący. Co więcej, on również zdawał się nie rozumieć pytania (a był Flamandem, więc wszystko wskazywało na to, że co jak co, ale po niderlandzku zrozumieć powinien).

Wtedy student pytanie powtórzył, powoli i (w swoim mniemaniu) wyraźnie, i zagadka się wyjaśniła. Wcale nie mówił po niderlandzku.Mówił po angielsku, ale za to z bardzo mocnym niemiecki akcentem.

21.2.07

Long time, no see (bo sesja była)

Tak, zaniedbanie bloga to rzecz karygodna -- nie wolno robić przykrości wiernym Czytelnikom. Z drugiej jednak strony, jeżeli Czytelnik czuje chociaż trochę sympatii wobec autora, powinien się właściwie cieszyć z zaniedbania, świadczy ono bowiem o tym, że autor ma różne ciekawe rzeczy do roboty, które musi robić w czasie zazwyczaj przeznaczonym do dzielenia się swoimi przemyśleniami na temat życia z czytelnikami. Mam nadzieję bowiem, że Czytelnicy nie pomyśleli nawet przez chwilę, że dostałem strasznej chandry i ból istnienia tak mnie przytłoczył, że nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, a co dopiero siąść do komputera.

A ostatnio działo się, oj działo. Gdy już otrząsnąłem się ze świątecznego lenistwa, dopadło mnie zło w czystej postaci: sesja. I to nie taka miła, przyjemna sesja, do której jestem przyzwyczajony na filozofii, ale taka straszna, 5 egzaminów, w większości strasznie kobylastych. Co gorsza, na większości z nich za cholerę nie dało się ściemniać. No bo powiedzcie, jak tu ściemniać na egzaminie z niderlandzkiego? Trzeba by po niderlandzku, czego dokonanie implikuje łatwe zdanie egzaminu samego w sobie. Sesja, prócz rzeczy objętych programem, nauczyła mnie kilku rzeczy:

  • W trakcie sesji dużym błędem jest dawanie się ponieść fascynacji poznawczej nowym (bądź starym, ale dawno nieużywanym) językiem programowania. O ile z Prologa miałem egzamin, o tyle z Pythona, Haskella ani Smalltalka nie. Pisanie silnika (silniczka?) Wiki w Pythonie dwa dni przed najcięższym egzaminem jest po prostu niewybaczalne. (O miodności Pythona niech świadczy to, że dało się to zrobić na tyle szybko, że zdążyłem się jeszcze trochę pouczyć.)

  • Egzaminatorzy w Polsce i w Belgii mają bardzo różne podejścia do życia. Na przykład, w Polsce nikomu by nie przyszło do głowy zadawać te same pytania przez kilka lat pod rząd. W Belgii założenie: “To było w zeszłym roku, więc nie ma sensu jakoś strasznie mocno się tego uczyć” to prosta droga do nieszczęścia.

  • LaTeX i Emacs rządzą światem. Od kiedy spróbowałem AUCTeX-a, nie chcę edytować plików TeX-owych w niczym innym -- pomyślecie choćby o podglądzie na żywo formuł matematycznych.


Tyle dobrego na teraz, o urlopie w Polsce -- w następnym poście.

Long time, no see (bo sesja była)

Tak, zaniedbanie bloga to rzecz karygodna -- nie wolno robić przykrości wiernym Czytelnikom. Z drugiej jednak strony, jeżeli Czytelnik czuje chociaż trochę sympatii wobec autora, powinien się właściwie cieszyć z zaniedbania, świadczy ono bowiem o tym, że autor ma różne ciekawe rzeczy do roboty, które musi robić w czasie zazwyczaj przeznaczonym do dzielenia się swoimi przemyśleniami na temat życia z czytelnikami. Mam nadzieję bowiem, że Czytelnicy nie pomyśleli nawet przez chwilę, że dostałem strasznej chandry i ból istnienia tak mnie przytłoczył, że nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, a co dopiero siąść do komputera.

A ostatnio działo się, oj działo. Gdy już otrząsnąłem się ze świątecznego lenistwa, dopadło mnie zło w czystej postaci: sesja. I to nie taka miła, przyjemna sesja, do której jestem przyzwyczajony na filozofii, ale taka straszna, 5 egzaminów, w większości strasznie kobylastych. Co gorsza, na większości z nich za cholerę nie dało się ściemniać. No bo powiedzcie, jak tu ściemniać na egzaminie z niderlandzkiego? Trzeba by po niderlandzku, czego dokonanie implikuje łatwe zdanie egzaminu samego w sobie. Sesja, prócz rzeczy objętych programem, nauczyła mnie kilku rzeczy:

  • W trakcie sesji dużym błędem jest dawanie się ponieść fascynacji poznawczej nowym (bądź starym, ale dawno nieużywanym) językiem programowania. O ile z Prologa miałem egzamin, o tyle z Pythona, Haskella ani Smalltalka nie. Pisanie silnika (silniczka?) Wiki w Pythonie dwa dni przed najcięższym egzaminem jest po prostu niewybaczalne. (O miodności Pythona niech świadczy to, że dało się to zrobić na tyle szybko, że zdążyłem się jeszcze trochę pouczyć.)

  • Egzaminatorzy w Polsce i w Belgii mają bardzo różne podejścia do życia. Na przykład, w Polsce niekomu by nie przyszło do głowy zadawać te same pytania przez kilka lat pod rząd. W Belgii założenie: “To było w zeszłym roku, więc nie ma sensu jakoś strasznie mocno się tego uczyć” to prosta droga do nieszczęścia.

  • LaTeX i Emacs rządzą światem. Od kiedy spróbowałem AUCTeX-a, nie chcę edytować plików TeX-owych w niczym innym -- pomyślecie choćby o podglądzie na żywo formuł matematycznych.


Tyle dobrego na teraz, o urlopie w Polsce -- w następnym poście.

22.12.06

Jednak być klientem banku to jest coś

Mogę powiedzieć, że mam całkiem sporo doświadczeń związanych z bankami: miałem konto w BPH, mam konto w Pekao SA. Część z tych doświadczeń jest mało sympatyczna, jak trwające miesiącami próby uruchomienia bankowości internetowej w Pekao, albo odkrycie, że przy małych obrotach dochodzi do eskalacji wysokości opłat bankowych w BPH (skończyło się zamknięciem przeze mnie konta). Nie wyobrażam sobie życia (a przynajmniej życia w cywilizacji) bez korzystania z usług bankowych, jednak przyzwyczaiłem się myśleć o bankach jako o istotach potężnych, wrednych, kłamliwych i potwornie topornych. Banki są konieczne, ale złe. Pomagało mi to przetrwać różne niespodzianki, jak skrajnie nieelastyczna forma spłacania karty kredytowej, konieczność płacenia za każdą duperelę albo wysokie opłaty bankowe. Dlatego byłem zupełnie nieprzygotowany na to, spotkało mnie w Belgii.

Po pierwsze, założenie konta bankowego przez obcokrajowca jest w Belgii bardzo proste. Mówią po angielsku, nie trzeba pokazywać rachunków telefonicznych, powoływać się na znajomych polityków, ani pokazywac rodowodu psa. Choć umowa jest po niderlandzku, jest stosunkowo mała szansa, że zostaniemy oszukani. Nie treba dodatkowo płacić za uczynienie kogoś współwłaścicielem konta (w przeciwieństwie do BPH, gdzie mieli bezczelność zażądać jeszcze znaczka skarbowego). W ogóle, nie trzeba za nic płacić. Przelewy są za darmo, bankowość internetowa jest za darmo, dodatkowa karta za darmo, wypłaty z bankomatów za darmo, wypłaty z obcych bankomatów za darmo, wypłaty z bankomatów w całej strefie euro za darmo, wypłata z bankomatu poza strefą euro -- €0,25 (czyli dużo taniej niż wypłata z obcego bankomatu w Polsce). Przelewy zagraniczne -- za darmo, podczas gdy w Polsce się za to płaci co najmniej 80 zł (sic!). Z tego, co zdążyłem się zorientować, koszty bankowe wzrastają jak się ukończy 26 rok życia, jednak raczej nie przekraczają €20 rocznie (w Pekao SA płaci się trochę więcej... niezależnie od wieku). Belgijską kartą bankomatową można płacić nawet w automacie z napojami, dzięki czemuś w rodzaju elektronicznej portmonetki (Proton to się nazywa). Wszystkie karty mają chipa, co sprawia, że nasze polskie karty bankowe są przestarzałe i nie możemy wypłacać nimi pieniędzy. Nie ukrywajmy tego -- między polskim a belgijskim systemem bankowym jest przepaść. (Jedynym moim do tej pory zastrzeżeniem był nieco niewygodny system autentykacji w bankowości internetowej.)

Dlaczego jednak o tym piszę na swoim blogu? Dlaczego robię swojemu bankowi (belgijskiemu) darmową reklamę? Otóż, dostałem dzisiaj od nich przesyłkę, która rozwiązała moje problemy z niewygodną autentykacją, a przy okazji dosłownie powaliła mnie na kolana. Oto zdjęcie:KBC

Tak, wysłali mi (za darmo!) urządzenie, dzięki któremu autentykacja stała się wygodna. Żadnych cholernych kart kodów, które trzeba zamawiać i które giną, żadnych sms-ów, żadnych apletów Javy... Po prostu wkładam kartę, wpisuję wyzwanie (czyli numerek ze strony www), wpisuję swój PIN, wpisuję hasło na stronie internetowej. I jestem zalogowany. Ponadto, mogę swoim urządzeniem sprawdzić stan Protona.

Teraz, można się zastanawiać, po co ja to wszystko piszę? Bank jest w Belgii, większość moich czytelników w Polsce, zatem zupełnie nie nadaje się na klientów KBC. Niemniej jednak, trudno zauważyć, jaki chujowy mamy w Polsce system bankowy, dopóki się nie wie, jak może być. A może być miło i tanio. Dlatego, czuję się w obowiązku doedukować swoich czytelników, licząc na to, że w związku z powstałą przez to frustracją u nas kiedyś będzie podobnie. Choć ostatnio nie zapowiada się, bo (jak donoszą media), nasz wspaniały rząd chce zrobić prezesem jednego z największych polskich banków fizyka z doświadczeniem urzędniczym. Aż się cieszę, że nie mam tam konta.

(A z rzeczy technicznych, to wordpress mi pisze, że zużywam 4% ze swoich 50MB, i że mogę kupić więcej. To oznacza, że chyba niedługo z powrotem na bloggera się pewnie przesiądę... :/ )

11.11.06

PWN - Poniżej Wszelkich Norm?

Przyznam, że rzadko się bulwersuję. Szczególnie staram się unikać bulwersowania się różnymi akcjami reklamowymi: okazuje się nieraz później, że wszystko jest wyreżyserowanym marketingiem, a ja się fatalnie czuję jako ofiara inżynierii społecznej. Miesięczny staż w agencji reklamowej sprawił, że wolę widzieć siebie po drugiej stronie barykady (czyli jako inżyniera społecznego) albo (najlepiej) obok.

Niestety, akcja ksero to zero Państwowego Wydawnictwa Naukowego nie wydaje się być obliczona na celowe zbulwersowanie odbiorcy. Raczej bym powiedział, że w sposób jak najbardziej szczery stara się wykształcić w odbiorcach obrzydzenie i pogardę wobec procederu kserowania książek. Efekt jest dość bliski zamierzonemu, jednak nie identyczny. U mnie na przykład wykształciła się pogarda wobec samego wydawnictwa...

Zacznijmy jednak od początku. Od jakiegoś czasu PWN prowadzi akcję mającą zniechęcać studentów do kserowania podręczników. W zeszłym roku hasłem akcji było ,,taniej niż ksero'', a sztandarowym produktem -- Historia Filozofii Władysława Tatarkiewicza. Cena była faktycznie zachęcając --- przy cenie ksera 20 gr za stronę faktycznie wychodziło taniej. Jeśli zaś chodzi o jakość...

Cóż, śmiem twierdzić, że porządnie zbindowaną kserówkę starego wydania by się czytało zdecydowanie lepiej. Bo najnowsze wydanie Tatarkiewicza nie jest wcale nową edycją, a chamsko zeskanowaną starą, wydrukowaną w formie paperbacku. Wersy są krzywe, sporo literek -- nierozpoznawalnych. Gdy kupowaliśmy jednak tuż przed egzaminem z historii filozofii nowożytnej Tatarkiewicza (z którego oczywiście nikt, ale to nikt w IF UW nie uczy się do egzaminów historycznofilozoficznych), czas był kluczowy. No i cena grała również swoją rolę.

Ogółem jednak, zeszłoroczna akcja pewuenki była krokiem w dobrą stronę -- bo książki w Polsce są oburzająco drogie, przynajmniej w porównaniu do polskich zarobków.

W tym roku jednak PWN (czy też agencja reklamowa pracująca dla PWN) postanowiło pójść bardziej w kierunku konfrontacji. Tegorocznym hasłem jest ,,ksero to zero'', a sztandarowym produktem jest nie książka, a strona internetowa z filmikami we flashu. Filmiki charakteryzują dowcipem na bardzo wysokim poziomie: leci sęp i wysrywa sobie kserokopiarkę. Kot (a może fretka?) kseruje kozę, której z tego powodu wyrastają trzy głowy. Lusia (która ma być 100% oryginałem), po skserowaniu robi się gruba, zostaje dziwką, odpadają jej ręce, zachodzi w ciążę (może Roman powinien zacząć dotować punkty ksero?). Te i inne radosne filmiki można zobaczyć na tejże badziewnej stronce (link taki a nie inny i dopiero teraz ze względu na gógla). To wszystko w otoczce działań typowych dla marketingu wirusowego -- ,,autetyczne'' posty o tym jakie te filmiki są zajefajne na różnych forach, artykuły sponsorowane w portalach studenckich... No pełnia profesjonalizmu, po prostu.

Kilka pytań się nasuwa. Po pierwsze, ciekawe jak się ma obecna kampania do dotychczasowego wizerunku PWN jako wydawnictwa wydającego książki akademickie, niezbyt drogo, dobrej jakości, niemalże pro publico bono. Przyznam, że do tej pory darzyłem pewuenkę dość dużym szacunkiem i sympatią, a teraz czuję dość duży niesmak.

Po drugie, jaki jest wizerunek studentów w oczach ,,podmiotu lirycznego'', czyli twórców interesującej nas akcji? Najwyraźniej widzą oni bandę debili, których najbardziej cieszą dowcipy o kupie. Ja rozumiem, że ostatnio mamy w Polsce do czynienia z boomem edukacyjnym i olbrzymim upowszechnieniem się wyższego wykształcenia, ale chyba jeszcze nie zaszliśmy tak daleko.

Po trzecie, zastanawia mnie, jak sobie PWN odpowiedział na pytanie Dlaczego studenci kserują książki?. Z akcji wynika, że odpowiedzią było: bo są tępi i wolą wydać kasę na dzwonki do telefonu komórkowego. Nikt nie pomyślał, że książki w Polsce (w porównaniu do przeciętnych zarobków) cholernie drogie. Że biblioteki są słabo zaopatrzone i że najgorętszych podręczników w trakcie sesji po prostu nie starcza (znam tę sytuacją z UW, a nie sądzę aby na prowincji było pod tym względem lepiej). Że nieraz ostatnie wydanie ważnego podręcznika było w latach osiemdziesiątych. Przecież, do diabła, każda normalna osoba woli prawdziwą książkę od ksero -- jest to wygodniejsze, lepiej się czyta, łatwiej nosi... Przecież tylko idiota by kserował coś, do czego ma dostęp w postaci książkowej. Jedyne, czego brakuje, to aby PWN starało się sprawić wrażenie, że kserowanie książek jest przestępstwem -- chwyt nagminnie stosowany przez wytwórnie płytowe.

Cóż, z wielką chęcią rozpocząłbym bojkot PWN, ale z pewnych przyczyn nie jest to sensowne. Siedzę obecnie w Belgii (dlatego akcję, która się rozpoczęła 9 października zauważyłem dopiero niedawno). W Leuven mamy bardzo dobrze zaopatrzoną bibliotekę, Amazon szipuje do mnie książki: czegokolwiek bym nie potrzebował, jestem w stanie zdobyć to w oryginale. Mogę sobie zatem pozwolić na mienie w nosie faktu, że w polskim tłumaczeniu Ullmana, przetłumaczono na polski również nazwy problemów obliczeniowych. Najbliższa księgarnia PWN znajduje się dużo więcej niż 1000 km ode mnie.

Ale to zawsze nieprzyjemne uczucie, gdy ludzie z wydawnictwa z kagankiem oświaty w logo okazują się bandą palantów.

A w Belgii, tak samo jak u nas, jest dziś święto narodowe, i nie udało nam się niczego kupić na obiad.

3.11.06

Nie jest źle

Tak. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, nie jest źle (albo też nie jest *tak* źle). Dlaczego?

Po pierwsze, bardzo polepszył mi się standard życia. Nie oznacza to bynajmniej, że wygrałem na loterii belgijskiej i od tej pory będziemy się żywić polędwicą, popijając dobrym Bordeaux. Polepszyło mi się za sprawą malutkiego zakupu: rękawiczek. Bo w Belgii, proszę państwa, mamy wyż i atak zimy nieomal, a jak się jeździ na rowerze, to ręce marzną jak cholera, co jest niemiłe. Chyba, że posiada się rękawiczki. Oczywiście, nie przeszkadza to różnym takim przypałom biegać o poranku w krótkich spodenkach i krótkim rękawku.

Dziwne to przyznać, ale ostatnie oziębienie mi wcale nie przeszkadza. Nie oznacza to broń boże, że nagle zmieniły mi się gusta klimatyczne. Oznacza jedynie to, że mogę zacząć nosić swetry bez ryzyka przegrzewania się. A swetrów mam więcej niż bluz, odpowiednich na dotychczasową pogodę. Bluzę taką mam tylko jedną, i choć jest to moja ulubiona czerwona, zdążyła mi się znudzić. Jak całemu światu zapewne.

Po drugie, mieszkam w kraju, gdzie biblioteki zamyka się o 22oo, a najdłużej otwarte sklepy o 21oo. I to nie codziennie, a jedynie w piątki, które Belgowie poświęcają na robienie zakupów, co skutkuje dłuższym czasem otwarcia sklepów. Co prawda chyba (mimo wszystko) częściej korzystamy ze sklepów, ale i tak czuję się podniesiony na duchu.

Po trzecie, wreszcie udało mi się wreszcie nawiązać jakiekolwiek relacje społeczne z tubylcami. Odbyło się w to w bardzo miłej knajpce, gdzie oprócz picia piwa można sobie pograć w różne gry: szachy, go, jengę, Monopol, anty-Monopol, Ryzyko, Settlers of Catan... Gdy weszliśmy, w telewizorze leciał mecz, a z głośników -- muzyka klasyczna. Jaktylko mecz się skończył, telewizor schowano, muzyka pozostała do końca (jak mi wyjaśnili stali bywalcy, w tej knajpie *zawsze* leci muzyka klasyczna). Szkoda jedynie, że większość gier z fabułą jest po niderlandzku -- choć tak naprawdę wiadomo, że szachy i go są najlepsze. A wydarzeniem, które się do wzmożonej nagle socjalizacji przyczyniło, było posiedzenie leuweńskiego klubu go. Członkowie -- wszelkiego sortu gikowie, czyli informatycy, fizycy, meteorolodzy. Pierwsi Belgowie, z którymi się napiłem piwa i pogadałem dłużej niż 5 minut...

Czyli -- Belgia, kraj osobliwości:

  • Ludzie (ja?) się cieszą, że jest zimno

  • Biblioteki są dłużej otwarte niż sklepy

  • Najbardziej kontaktową grupą tubylców są... gikowie.

14.10.06

Blog po angielsku

Tak, proszę państwa, globalizuję się. Zacząłem pisać blog w języku Szekspira i Jerzego Waszyngtona. Docelowo mają się w nim znajdować rzeczy, które do tej pory umieszczałem w Maszoperii, ale:

  1. Były one uważane za nudne i techniczne przez J-Pyszczka -- generalnie chodzi o dywagacje na temat różnych języków programowania itp.

  2. Ich publikacja powodowała gwałtowny, chwilowy spadek odwiedzających (patrz punkt 1).

  3. Mogą okazać się szerzej przydatne, czyli różnego rodzaju komputerowe Howto-sy (ja sam jak chcę coś naprawić w komputerze najpierw gógluję po angielsku).


No i poza tym, jak głosi maksyma, English is the new Latin.

(A, i aby nie było, że pretensjonalny jestem itp. -- nie jestem pierwszy. Vide: moja żona Julia, Kazik.)

Tugurium

6.10.06

Rowery w Belgii, albo do as the Romans do

Po pierwsze, muszę przyznać: Belgowie wcale nie kłamali, gdy mówili o deszczu. Gdy tu przyjechaliśmy, przez pierwsze trzy tygodnie, pogoda była jak drut: słoneczko, 25 stopni -- pięknie po prostu. Belgowie mówili, że to nie jest normalna pogoda u nich i że zazwyczaj pada, a my się śmialiśmy (w końcu ponoć ich cechą narodową jest złe mówienie o sobie). Tym niemniej, trzy dni temu zaczęło padać. I od tej pory pada. I wygląda, jakby w przyszłości miało padać. Właściwie, to wygląda jakby nie miało przestać w tym roku.

Oczywiście, niby taki deszczyk to nic takiego. Ale jak się nie ma nic przeciwdeszczowego sensu stricto i musi jeździć na rowerze, to nie jest kolorowo. Jest mokro i z katarem.

Po drugie, kwestia rowerowa, o której ma być ten wpis. W Belgii samochody jeżdżą wzorowo (przynajmniej w Leuven): powolutku, przestrzegają pierwszeństwa, stają, gdy widzą pieszego który wygląda, jakby zaraz mógł chcieć przejść (ja się czuję nieco onieśmielony jak rozglądaniem się dookoła wstrzymuję ruch na głównej ulicy). Rowerzyści jednak jeżdżą jak popaprani. Pod prąd (a w całym mieście jest tylko jedna ulica jednokierunkowa również dla rowerów!), zajeżdżają drogę, jeżdżą całą szerokością ścieżki rowerowej, bez rąk, bez nóg, na czerwonym świetle... Widzieliśmy raz taką scenkę: koleś sobie jedzie, nie trzyma kierownicy, rozmawia przez telefon komórkowy... Wariat po prostu, samobójca! Nie wspominam już o zwykłym wymuszaniu pierwszeństwa -- kierowcy samochodów są tak do tego przyzwyczajeni, że ustępują rowerzystom nawet, jak są na rondzie, a rower wjeżdża na rondo. Ja nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajony i dlatego któregoś razu dobrą chwilę staliśmy naprzeciwko siebie na rondzie, patrząc sobie w oczy: ja i jakaś babka w samochodzie. Ale w końcu ruszyłem: if you are in Rome, do as the Romans do. Mówiąc krótko: jeśli chodzi o rowery, w Belgii panuje niemal totalna anarchia.

Teraz puenta. Ostatnio byliśmy na piwie z dwoma Włochami i jednym Węgrem ze sztucznej inteligencji. No i siedzieliśmy, narzekaliśmy na rozmiary piwa (zamówiliśmy 10 piw na 5 osób naraz, bo tak było taniej, i nikt niestety tego nie odczuł) i gadaliśmy o życiu w Leuven. No i nagle jeden z Włochów stwierdził mniej więcej coś takiego: Ale pod jednym względem ci Belgowie są nieco pierdolnięci... Strasznie się czepiają rowerzystów: wszędzie jakieś przepisy, tu nie można, bo pod prąd, tu znak stopu, tu trzeba światło włączyć... I jeszcze to egzekwują... U nas, w Mediolanie, to na rowerze możesz jeździć jak chcesz: panuje wolność i zdrowa anarchia.

(A moja żona właśnie odkryła, że nawet na papierosach Belgowie oszukują. Przyjrzała się swojej jedynej paczce mentolowych palmali, które sobie kupiła po długich negocjacjach za € 3.05 by przeczytać, że było w niej nie 20, a jedynie 19 papierosów.)

28.9.06

Filozofia w Leuven

Instytut Filozofii w Leuven ewidentnie nie odpowiada moim wymaganiom. Po pierwsze, jak już pisałem, ponieważ jest w nim aż dwóch filozofów analitycznych (dziewczynka, która nam o tym opowiadała niestety nie koloryzowała). Teraz się jednak dowiedzieliśmy, że wszyscy dwaj mają akurat w tym półroczu sabbatical i w związku z tym nie prowadzą żadnych zajęć.

Jednak rok zaliczyć trzeba, więc poszliśmy na próbę na zajęcia z Environmental Philosophy (tak, chodzi o “filozofię ekologii”). Szary łysawy facet siedzi przy biurku. Wokół siedzi w ławkach czterdziestu studentów z miną pt. “Jestem zblazowanym, postmodernistycznym intelektualistą humanistą”. Nie rozmawiają ze sobą, tylko patrzą wilkiem, w przerwach w notowaniu. No a o czym będą zajęcia? O tym mówi szary facet, wciąż siedząc przy biurku.

Otóż, zajęcia będą toczyć się wokół pytania Czy natura jest zła?. Ni mniej ni więcej, co gorsza: w duchu filozofii analitycznej. Pozwolę sobie na krótką analizę tego jakże pasjonującego pytania.

Po pierwsze, co to znaczy natura? Mam rzecz jasna pewne intuicje, wiem, że lasy tropikalne -- to natura, oceany -- natura, puchate króliczki -- natura, ale to chyba niezbyt wiele. Jakie jest dopełnienie tego terminu? Co jest “nienaturą”? Cuda, Bóg, anioły? Mocne założenie ontologiczne. A może po prostu dzieła człowieka. Ale: czemu niby homo sapiens, przez niektórych określany nawet “trzecim szympansem” ma się jakoś specjalnie wyróżniać. Zatem, natura to albo wszystko, albo prawie wszystko.

Po drugie -- zła. Również nie do końca wiadomo o co chodzi. Może jestem analitycznym prostakiem, ale zaryzykuję tezę, że trudno o zło w sensie absolutnym -- należy raczej mówić, o tym, że coś jest złe wobec czegoś innego.

Kolejna sprawa (może to moje polskie skrzywienie): jestem przyzwyczajony do przypisywania takich własności jak zło, dobro etc. podmiotom moralnym... Tak jakoś z Kanta kojarzę... Co więcej, natura (nawet w jej naiwnym pojmowaniu) składa się z wielu niejednorodnych elementów: są zarówno małe, puchate króliczki i paskudne orki, które wyskakują z wody na lód na przekąskę z pingwinów...

Zatem: teza liczy trzy słowa. Znaczenie dwóch z użytych terminów jest nie do końca jasne, a przy intuicyjnym i bardzo mało czepliwym podejściu do ich znaczeń mamy do czynienia z pomyłką kategorialną. Ewentualnie z jakimś tanim sentymentalizmem, polegającym na przypisywaniu zjawiskom fizycznym niechęci wobec ludzi. I to ostatnie wydaje się najbardziej prawdopodobne: pierwszy tekst miał dotyczyć trzęsienia ziemi w Lizbonie.

Powiem krótko i wulgarnie: ja pierdolę. Żaden, nawet najbardziej odjechany postmodernista, lewak i antyanalityk (przynajmniej na UW) nie odważyłby występować z takimi bzdurami. Zdarzają się oczywiście wypadku przy pracy (np. pani na seminarium Omyły-Wójtowicz mówiąca o przenikającej kosmos miłości), ale nie w wykonaniu profesora, przy pełnej akceptacji ze strony sali.

Moje rozwiązanie problemu Zła w Naturze brzmi “Co pan ciekawego nie powie...”. Albo “Ładną mamy dziś pogodę”. Z wariatami się nie dyskutuje, szczególnie w duchu filozofii analitycznej.

Na szczęście tego samego dnia poszliśmy na wykład z Fundamentals of AI w wykonaniu Danny'ego de Schreye. Facet okazał się sympatyczny, bardzo kontaktowy, nie siedział jak palant w trakcie wykładu. Póki co przedmiot bardzo przypadł mi do gustu i (co ważne) nikt nie ma nic przeciwko udziale w kursie dwojga filozofów z Polski.

Gdy mówiłem tutaj różnym ludziom, dlaczego chcę chodzić raczej na zajęcia Master of AI niż na filozoficzne, opowiadałem, że w Polsce przez kilka posiedzeń seminarium przeprowadzałem dowód, że funkcja Ackermanna jest rekurencyjna, ale nie pierwotnie rekurencyjna, a tutaj mi wyskakują z Heideggerem i Habermasem. Danny de Schreye był pierwszą osobą w Belgii, która załapała dowcip i się zaśmiała.

Oprócz tego, byliśmy na pierwszych zajęciach z lingwistyki formalnej, które powinny nam bardzo dobrze zrobić. Szczególnie, że nie zauważyłem podobnych zajęć w UW.

Poza tym, przyznam się, że studencie na kampusie Arenberg (gdzie znajdują się głównie kierunki inżynieryjne i okołomatematyczne) wydają mi się dużo sympatyczniejsi i... hm, normalniejsi. Nie patrzą na mnie jak na idiotę ponieważ chodzę w bojówkach i czerwonej bluzie. Czasem coś mówią do siebie na zajęciach. Nie robią szczegółowych a bezużytecznych notatek. I choć strasznie dużo z nich pochodzi z Chin, Korei albo Wietnamu, jest żóltych i czasem nie da się zrozumieć, o co im chodzi po angielsku -- czuję się wśród nich dużo lepiej niż wśród politycznie poprawnych WASP-ów na filozofii.

A smutna prawda jest taka: jakbym wrócił do Polski i opowiedział, że przez rok zajmowałem się odpowiedzią na pytanie, czy natura jest zła, sporo ludzi mogłoby mnie wyśmiać. Z Pryncypałem na czele. I mieliby przy tym sto procent racji.

23.9.06

Jednak w Leuven nie jest tak źle

Instytut Filozofii KULeuven nie jest dla mnie szczytem marzeń. Mają archiwum Husserla, interesują się dżenderem, wielbią Derridę i Deleuze'a, a facet od filozofii nauki jest heideggerystą... Studentka tutejsza która zabrała erazmusów na piwo zapytana o filozofię analityczną uświadomiła nam, że kiepsko trafiliśmy, stwierdzając, ze owszem, mają tu filozofów analitycznych, dwóch. Pewnie w ramach kwarantanny zamknęli ich w dusznych pokoikach na poddaszu z karteczką na której napisane jest “logic” na drzwiach.

Wrażenie pogorszyła jeszcze rozmowa Amerykanką, w zasadzie bardzo miłą i zdãżającą. Problem polegał jedynie na tym, że miała ona sporo do powiedzenia na temat Lacana, MA z filozofii, a jakoś nigdy nie obiło jej się nawet o uszy nazwisko Tarskiego...

[Link do podobnie malkontenckich ale bardziej szczegółowych uwag mojej żony]

Na całe szczęście, wybraliśmy się dzisiaj na kampus Arenberg obejrzeć scjentystyczną część Katolickiego Uniwersytetu. Sekretarka programu Master of Artificial Intelligence powiedziała, że raczej nie powinien nikt nam robić kłopotów z chodzeniem na kursy i zaprosiła na orientation days.

A biblioteka Faculty of Engeneering... Ach... Zachwyciła mnie po prostu. Napiszę tylko tyle, że wypożyczyłem sobie książeczkę Machine Learning. A Theoretical Apporach, której próżno by szukać w murach BUW-u albo biblioteki Instytutu Filozofii UW.

O tym, jak przestałem używać KDE

Studenci belgijscy (a przynajmniej K.U. Leuven i kilku innych instytucji) nie mają problemów z dostępem do Sieci. Istnieje bowiem takie coś, co nazywa się Kotnet (etymologię należy wywodzić nie od kota, a od kota, czyli po niderlandzku (prawdopodobnie) mieszkania studenckiego). Wystarczy, aby w budynku był jeden modem UPC -- wtedy należy się do niego podłączyć, podać swój login i hasło i można hulać. Nie ma przy tym tak typowych dla polskich mieszkań studenckich problemów z podziałem pasma -- każdy ma swoje 200 kb na sekundę. Jest co prawda nałożony limit 4 GB na dałnlołd i 1 GB na aplołod, ale w normalnych warunkach jest niezauważalny. Za ten cały luksus płaci się cenę śmieszną jak na polskie warunki nawet, nie wspominając już o belgijskich -- nam wychodzi 1,5 € na miesiąc.

Niestety, nie ma róży bez kolców. Pod Kotnetem większość repozytoriów Ubuntu chodzi średnio, a czasem nawet w ogóle nie chodzą. Jako że dość często instaluję nowe rzeczy, dość szybko zauważyłem, że coś jest nie tak, nie kojarząc jednak tego faktu z siecią uniwersytecką... Więc zacząłem grzebać w sources.list... I przypadkowo jakoś repozytoria Edgy Efta chodziły wyjątkowo sprawnie. A w Edgym jest nowa wersja Gnoma...

Niestety, jakoś nie miałem nastroju na apgrejd całej dystrybucji i postanowiłem tylko Gnoma sobie ściągnąć. Efekt był żałosny -- skończyłem z połowicznie zaktualizowanym Gnomem, który robił wszystko, tylko nie działał, bez możliwości cofnięcia aktualizacji -- system złośliwie pamiętał, że najnowsza wersja to jest ta z Edgyego, a nie Dappera, a nie ma w Debianie możliwości masowego dałngrejdowania... Jedynym wyjściem było odinstalowanie prawie wszystkiego. Gdy to już zrobiłem, okazało się, że repozytoria nie chodzą albo zrywają połączenie. Zatem, chcąc nie chcąc, musiałem przesiąść się na kilka dni na KDE -- bo KDE *działało*.

Dzisiaj na szczęście udało mi się wreszcie znaleźć działające w Kotnecie repozytoria i mogłem podziękować okienkom sponsorowanym przez literkę K. Podaje je ku przestrodze (i jakbym kiedyś miał zapomnieć):
deb ftp://ftp.easynet.be/ubuntu edgy main restricted universe multiverse
deb ftp://ftp.easynet.be/ubuntu edgy-updates main restricted
deb ftp://ftp.easynet.be/ubuntu edgy-security main restricted

19.9.06

Windows has no users

Czasem można odnaleźć słowa prawdy w komiksie:
Windows has no users. It has hostages.

A swoją drogą: bardzo polecam komiksiarnię (w wersji Web 2.0, rzecz jasna).

16.9.06

Jak nie należy podróżować do Belgii

...a przynajmniej do Leuven.

Przede wszystkim nie należy podróżować bez rezerwacji. My tak zrobiliśmy i byliśmy z tego powodu bardzo niezadowoleni.

Na samolot byliśmy dużo przed czasem, więc wynudziliśmy się koszmarnie. Etiuda niestety wcale nie wygląda jak Schiphol, Fiumicino czy inne lotniska, które zapamiętałem. Nie ma stu tysięcy sklepów z egzotycznymi rzeczami, które są dużo tańsze niż gdzie indziej, nie ma też dobrego żarcia. Jest za to Coffee Heaven i Baltona. Określenie "dworzec lotniczy" pasuje jak ulał.

Przelot sam w sobie był bezproblemowy -- może było trochę mało miejsca na kolana (z przyczyn ontologicznych w sytuacji awaryjej nie udałoby mi się położyć tułowia na kolanach tak jak było pokazane na ulotce), może nie dawali jeść -- ale świadomość, że się wydało jedynie 130 zł jest w stanie wiele wynagrodzić. Poza tym, lot się odbył planowo, nikt też nie zgubił naszego bagażu. Generalnie, polecam Wizzair.

Charleroi -- cóż, znów bez rewelacji. Lotnisko jak lotnisko. Za to, miła niespodzianka, za 10,40 euro dało się kupić bilet na autobus na dworzec Charleroi Sud i stamtąd do dowolnej stacji kolejowej w całej Belgii.

Pociągi belgijskie -- fajne. Jeżdzą szybko, punktualnie, a na peronie pracownik sam z siebie się zapytał, czy może jakoś nam pomóc (mógł, belgijskie rozkłady jazdy nie są do końca intuicyjne). A Belgia z okien pociągu wygląda zupełnie jak Śląsk. Nasze Intercity jakoś wydaje się bardziej komfortowe (chociaż wolniej jedzie i jest relatywnie droższe).

W Leuven znaleźliśmy się o 23oo -- i tu się zaczęły, że tak powiem, schody. Idziemy od hotelu -- brak wolnych miejsc. Znajdujemy hostel by stwierdzić, że jest zamknięty od kwadransa, ciemno, głucho. Przypadkowo pojawił się tam belgijski policjant -- połaził, poświecił latarką, ale też nie udało mu się niczego wskórać (belgijscy policjanci są bardzo mili, ale chyba jakoś nie zdãżają specjalnie mocno -- skoro nawet nie potrafią sprawić swym autorytetem, aby hostel otworzyli). Policja odjechała, a nasza sytuacja malowała się następująco: ja, żona, dwa plecaki, dwie walizki, totalne zadupie, gdzieś na Zachodzie, najbliższa możliwość czekinu: za siedem godzin. Tutaj muszę nadmienić, że to była już nasza druga doba bez snu -- poprzednią noc spędziliśmy pracowicie na pakowaniu. Niedobrze.

Cóż było robić: bagaż zapakowaliśmy do schowków na dworcu (ich obsługa to też była przygoda sama w sobie) i rozpoczęliśmy nocną wędrówkę po Leuven... Przekonaliśmy się, że belgijski Makdonald to nie do końca to samo co polski: cholernie, nawet jak na belgijskie warunki, drogi, hamburgery niesmaczne, w kiblu automat do mycia rąk, i co najgorsze: liptonajsti była gazowana...

W trakcie naszego spaceru obejrzeliśmy wszystkie ulice... Dosłownie *wszystkie*...

O siódmej piętnaście przyszła do schroniska wreszcie recepcjonistka. Po 41 godzinach wreszcie mogliśmy pójść spać.

Dobra rada -- nie przyjeżdżajcie do Leuven wieczorem, jeśli nie macie zapewnionego noclegu.

A z nowości: byliśmy w Ikei, a mój (nowowynajęty) rower z jakichś dziwnych przyczyn skręca w prawo, co o mało nie wpakowało mnie pod autobus. Będę musiał odbyć męską rozmowę z facetami w Velo (wypożyczalni rowerów). A co najmniej: wymienić rower. Na taki bez prawicowych zboczeń.

15.9.06

Z czym Wam się kojarzy Belgia?

W moim wypadku lista będąca odpowiedzią na tytułowe pytanie była (przed wyjazdem, rzecz jasna) następująca:

  1. Inspektor Herkules Poirot, bohater kryminałów Agathy Christie

  2. Unia Europejska, Bruksela, biurokracja, eurokracja

  3. Piwo, ze szczególnym uwzględnieniem Stella Artois.


Teraz, kiedy jestem na miejscu, dokonałyby się następujące zmiany:

  1. Herkules Poirot odpada, ponieważ mówił po francusku. A w znakomitej części Belgii nie mówią wcale w języku Woltera, a szwargoczą po niderlandzku. Język niderlandzki jest przezabawny. Jeśli bym miał określic genezę jego powstania, byłaby następująco: zamknięto razem Słowaka i Polaka (albo Słowaka i Czecha bądź Czecha i Polaka) którzy doskonale znali niemiecki i mieli dość blade pojęcie o angielskim... Dostarczono im beczkę piwa, słownik angielski i kazano mówić po angielsku... Następnie eksperymentator zapisał to, co im wyszło i nazwał niderlandzkim. Dodam, że eksperymentator miał bardzo ekscentryczne poglądy na ortografię, a litery poszczególnych haseł w słowniku zostały spermutowane --- dlatego rodzajnik określony brzmi “het” zamiast “the”. Gdyby nie fakt, że prawie wszyscy Flamandowie znają oprócz niderlandzkiego francuski i angielski, mielibyśmy nieły problem... A tak tylko czasem wstydzimy się naszego kiepskiego akcentu po angielsku.

  2. Kocham belgijską biurokrację. Naprawdę. Urzędnicy są bardzo mili, uczynni, ładnie mówią po angielsku i ze wszystkich sił starają się pomóc. Co więcej, zazwyczaj im się to udaje. Tolerują również setki tysięcy dziwnych pytań, którymi ich zamęczam. Rozumiem, całkowicie, dlaczego Belg udaje się do urzędnika bez strachu i stara mu się powiedzieć jak najwięcje -- w końcu dzięki temu uda się mu rozwiązać jakiś problem. Gdyby w Polsce tak było... A swoją drogą, dużo radości sprawiłoby mi obserowanie, jak belg jest zmuszony radzić sobie z polskimi urzędami... I jaki by to miało wpływ na jego światopogląd.

  3. Piwo. Tak, proszę państwa. Piwo jest naprawdę świetne. I stosunkowo tanie -- 1,70 euro, czyli około 5 zł. Właściwie, to piwo jest jedyną rzeczą, która kosztuje tyle samo co w Polsce (no, prawie, bo piwo podają w małych szklankach). Cała reszta jest ze dwa razy droższa, za wyjątkiem usług bankowych, które są naprawdę o wiele tańsze (rozważamy korzystanie z belgijskiego konta po powrocie do Polski).


Oprócz tego wszystkiego, dodałbym jeden, badzo ważny punkt. Śmieci. Belgia kojarzy się ze śmieciami. Wszyscy ogarnięci są manią segregacji śmieci. Nie ma czarnych worków na śmieci. Są worki niebieskie, zielone i brązowe, które można kupić tylko w wyznaczonych punktach i kosztują niemało. Do każdego worka idzie inny rodzaj śmieci: organiczne, butelki i (umyte!) tetrapaki, cała reszta (worki na całą resztę kosztują najdrożej). Śmieci zbiera się do odpowiendnich worków i wystawia w określone dni tygodnia (jak na mój gust, zbyt rzadko). Efekt jest trochę straszny -- jak przyjechaliśmy, całe miasto śmierdziało śmietnikiem. Gorzej było, jak chcieliśmy sobie zobaczyć przedmieście Kessel-Lo -- trafiliśmy na dzień odbioru kompostu... Byliśmy w stanie wejść jedynie na 30 metrów w głąb, bo dalej dostawaliśmy odruchu wymiotnego. Jak się możecie domyślić, nie zwiedziliśmy w końcu Kessel-Lo.

Tak, cokolwiek by nie powiedzieć, życie w Leuven toczy się w rytm zbierania śmieci.

Oprócz tego, Leuven jest bardzo ładnym miasteczkiem, wynajęliśmy sobie rowery i mamy całkiem ładne mieszkanko z kawałkiem ogródka (no dobra, coś w rodzaju bungalowu dobudowanego do domu i sporą hodowlę pająków, ale trzeba patrzeć optymistycznie na świat). Niedługo oczekujcie naszych dalszych przygód, a w szczególności -- opisu naszej przeprowadzki i podróży (przygody były o tyle męczące, że wciąż nie mam jeszcze siły na opisanie ich -- ale niedługo zbiorę siły).

(A jakby ktoś nie wiedział: w Belgii jesteśmy w związku ze stypendium Socrates/Erasmus i będziemy tutaj przez najbliższy rok.)

3.9.06

pajekpart

Pierwotnie zamieściłem w tym wpisie po prostu plik README programiku pajekpart, użytecznego do tworzenia pliku kategorii dla Pajeka (który to napisałem w Pythonie dla mojej ukochanej żony), którymż to programikiem bardzo chciałem się jak najszybciej pochwalić światu.

Teraz doszedłem do wniosku, że jest to bez sensu, i założyłem pajekpartowi projekt na Google Code, na który ewidentnie zasługuje. A także założyłem mu konto w Launchpadzie.

Coś pożytecznego

No, teraz to udało mi się wyprodukować coś pożytecznego. A mianowicie, program. Dla żony.

Zacznę jednak od początku. Bo moja żona, proszę państwa, od jakiegoś czasu ma nową pasję (lub też, jakby spojrzeć mniej życzliwie, pracę roczną wiszącą nad szyją jak miecz Damoklesa): analiza sieci społecznych (ang. SNA: Social Network Analysis). Można badać w tej metodologii różne ciekawe rzeczy, jak kręgi towarzyskie (ile podań ręki dzieli Cię od królowej angielskiej?), grono, gadu-gadu, a nawet jak ludzie piszący blogi do siebie linkują. Moja żona zajęła się cytowaniami, a konkretniej: cytowaniami w Filozofii Nauki, w ciągu ostatnich dwóch lat.

Niestety, badania naukowe to wcale nie lekki kawałek chleba. Artykułów i cytowanych w FN w ciągu tych dwóch lat zebrało się prawie tysiąc, niektóre mają strasznie długie tytuły... Moja biedna żona niejedną łzę wylała nad lekkomyślnością czy też bezmyślnością polskich filozofów przy konstruowaniu bibliografii. Gdy wreszcie skończyła i zapowiadało się na koniec rzucania przez żonę mięsem, okazało się, że jednak Excel jest kretynem... I wrogiem publiczym numer jeden zamiast dr. Roberta P. z Białegostoku stały się szeroko pojęte produkty Microsoftu.

Niestety, przeboje z arkuszem kalkulacyjnym nie były ostatnią przeszkodą na drodze do prawdy (o stanie polskiej filozofii). Albowiem, od analiz służą dość wyspecjalizowane programiki (np. Pajek), które są siłą rzeczy dziwne. Tym bardziej, że takiego Pajeka napisano w 1996 roku i od tej pory konserwowano wyłącznie kurzem (interfejs jest, delikatnie mówiąc, kontrintuicyjny).

Co gorsza, aby przebadać najciekawsze rzeczy (np. czy doktorzy cytują się jakoś inaczej niż profesorowie? ) trzeba Pajekowi dostarczyć tzw. partycji, czyli pliku będącego odwzorowaniem podziału logicznego wierzchołków sieci. Moja biedna żona znalazła się w kropce, bo Excel takich rzeczy nie potrafi, a w Sieci też nie ma programów robiących partycję...

I tutaj rozpoczyna się moja rola, bo ja taki programik dla mojej żony napisałem. W Pythonie. A teraz umieszczam go w Sieci, ku pożytkowi kogokolwiek, kto znalazłby się w podobnej opresji jak moja żona.

I tak, dzięki swojemu mężowi (czyli mnie), moja żona będzie mogła przeprowadzić badania, z których wyniknie wiele ważkich i zaskakujących wniosków. Jak na przykład to, że polscy filozofowie jednak czasem się cytują. ;-)

Nad samym programikiem już się rozpisywać nie będę. Ograniczę się do wklejenia dokumentacji i linków w następnym poście.

1.9.06

Jeszcze raz o klawiaturze

Nie mogę się powstrzymać, aby nie pokazać, jak powinna wyglądać dobrze zaprojektowana klawiatura komputerowa. Dużo fajnych przycisków, żadnego logo, no i najważniejsze -- aby napisać nawiasy (“()”) nie trzeba naciskać szifta. Klawiatura lispowa firmy Symbolics w pełnej krasie. Czemuż się już takich nie robi?
klawiatura lispowa Symbolics

30.8.06

Marketing Hunów

Pod koniec ostatniego posta zamieściłem nastepującą złośliwość pod adresem Łindołsa:
Windows
Designed by Users
Built by Children
Marketed by Attila the Hun.

Zapisawszy posta patrzyłem się dość tępo w klawiaturę swojego laptopa, zastanawiając się, co by tu jeszcze zrobić: poczytać, posprawdzać blogi, a może wyborczą? I nagle przyszło mi do głowy, że owszem, Microsoft ma marketing na miarę Atylli. Jak doszedłem do tego odkrycia?

Spójrzcie, drodzy czytelnicy, pod swój monitor. Tak, na klawiaturę (zakładam, że czytelnicy mają standardowo ułożone komputery). Przypatrzcie się uważnie, a szczególnie: przyciskowi między lewym Ctrl i takimż Alt. Tak, ten mały irytujący przycisk, w który czasem trafia się zamiast w Alt-a albo Ctrl-a. Jest na nim logo Windows. Zapewne ma braciszka po drugiej stronie spacji.

Tak zwane przyciski Windows są w zasadzie bezużyteczne* -- wyświetlanie menu Start nie jest zazwyczaj najczęściej wykonywaną czynnością przez standardowego użytkownika komputera (a nawet jeśli robi się to często, to taka funkcja może być podpięta pod Ctrl+Enter albo coś w tym guście (standardowo Ctrl+Esc)). Prawoklik klawiaturowy (!) wydaje się z kolei sprzecznością samą w sobie, a jego użycie jest skrajnie nieintuicyjne.

Zdawałoby się, że umieszczanie przycisków Windows na klawiaturze jest bezsensowne. Niestety, na sześć klawiatur, jakie obecnie znajdują się w moim mieszkaniu, 5 ma przyciski Windows (szósta miała, ale je wydłubałem, ponieważ mnie denerwowały). Żadna nie jest klawiaturą firmy Microsoft. Nawet Toshiba, w której ze względu na oszczędność miejsca zrezygnowano z prawego Ctrl i AltGr, umieściła w klawiaturze laptopowej przyciski Windows.

Dlaczego? Ponieważ przyciski Windows są jedną z bardziej perfidnych (bo trudno ją zauważyć), wredniejszych (logo MS źle mi się kojarzy) i bardziej pomysłowych (wręcz: genialnych) akcji marketingowych, jakie przychodzą mi do głowy. Przycisk Windows koduje w głowie użytkownika mniej więcej taki przekaz: komputer = Windows. Nie ma komputerów bez Windowsa. Przecież nawet na klawiaturze jest ich logo! Wyformowanie logo na powierzchni księżyca byłoby niewiele bardziej skuteczne: w końcu reklama na klawiaturze trafia dużo lepiej do grupy docelowej Microsoftu.

Co więcej, jestem w stanie się założyć, że Microsoft wcale nie płaci za tę (moim zdaniem skuteczną) reklamę producentom klawiatur. A na pewno nie wszystkim. Widziałem klawiatury z logo Windows takich Nołnejmów, że MS im na pewno nie zapłaciło. Z tej prostej przyczyny, że nie ma pojęcia o ich istnieniu!

Jak jeszcze sobie pomyśle o Orwellowskim w duchu serwisie Windows Genuine Advantage (nie masz oryginalnego Łindołsa, nie zainstalujesz sobie update'ów -- nigdy bym się tego nie domyślił na podstawie nazwy, a Wy?), to przychodzi mi tylko jedno do głowy: dział marketingu w Microsoft jest doubleplusgood. Szacun dla wielkiego Huna!

* Oczywiście, przyciski Windows są w zasadzie bezużyteczne jedynie pod Łindołsem. Pod Linuksem można w niezbyt skomplikowany sposób przydzielić im praktycznie dowolną funkcję -- np. klawisza Super (przełącznik taki jak Alt i Ctrl), co wyraźnie zwiększa ilość dostępnych skrótów klawiszowych (ponoć jest to bardzo przydatne pod Emacsem).

29.8.06

Dobra, stara winda

Zazwyczaj jestem wrogo nastawiony wobec Łindołsa. Z badzo prostej przyczyny: jest po prostu dla mnie za trudny.

Przykłady? Ot, takie nagrywanie płyt. W Linuksie (a przynajmniej w Ubuntu) się wkłada czystą płytkę, pojawia się okienko, przeciąga się tam odpowiednie pliki, klika przycisk “Nagraj” i już, płytka gotowa. Ewentualnie, w starych czasach konsolowych, wrzucało się wybrane pliki w odpowiednie urządzenie i też było gites. A pod windą? Cóż, aż mi się nie chciało uwierzyć, jak informatyk w Rapp Collins przez 20 minut męczył się, starając dobrać wersję oprogramowania nagrywającego do sprzętu, na którym miałem przyjemność pracować. Co więcej, dziwnym przypadkiem nie udało mi się znaleźć (a szukałem) windzianego programu, który by po prostu nagrywał płyty, bez fajerwerków i wodotrysków (owszem, znalazłem programy po prostu bez fajerwerków, ale miały tę wadę, że nie nagrywały). Instalka kobyły, która przy okazji wypalała płytki ważyła dobre 70 mega (w domu by minęło kilka godzin, zanim by się ściągnęła). Last but not least: to nie był wcale program bezpłatny!

Albo, różnica między instalowaniem Ubuntu i Łindołsa... Ten pierwszy pyta się o kilka rzeczy, które bardzo chce wiedzieć, a później robi swoje. Ten drugi z kolei, o wszystko pyta we właściwym sobie czasie, co uniemożliwia pójście na kawę i niemyślenie o tym, co się dzieje na komputerze. Już nawet nie chcę narzekać na to, że nie ma LiveCD łindołsowego (pewnie by prosiło o klucz produktu zanim by się uruchomiło).

Szkoda również gadać o tym, że musiałem poświęcić pół godziny na przekonanie taczpada Synaptics w laptopie mojej żony do tego, że jednak nie powinien z niewyjaśnionych przyczyn przestawać działać 15 minut po uruchomieniu komputera... A pod Ubuntu jedyne co musiałem zrobić, to zainstalować odpowiedni pakiet, i nie do tego, aby taczpad działał, ale aby włączyc bajery, typu stukanie dwoma palcami w celu emulowania środkowego klawisza myszki

Dzisiaj jednak wyjątkowo doceniłem pewną wersje Łindowsa, a mianowicie: Windowsa 98. Zainstalowałem go na moim starym laptopie (z procesorem Pentium 266 i 32 MB ramu), który zamierzam podarować mojej matce. Miałem pewne kłopoty ze sterownikami, śmiesznie też się ustawiało rozdzielczość... To wszystko nie nastrajało mnie pozytywnie. Otworzyłem jednak pierwszy lepszy katalog i z zażenowaniem zdałem sobie sprawę, że Windows Explorer na starym laptopie działa tak samo szybko jak Nautilus... na moim nowym laptopie.

Więc może nie był to prawdziwy system operacyjny, może nie był wielozadaniowy, może i łapał wszystkie wirusy jak leci. Ale, proszę państwa, wolny nie był (w obu znaczeniach tego słowa).

(Na pocieszenie wszystkich linuksiarzy dodam, że moje pozytywne nastawienie wobec windy ulotniło się, kiedy okazało się, że kody klawiszy są na stałe wprogramowane w system operacyjny i w związku z tym nie przemapuję sobie klawisza “`” na prawy Alt (którego niestety brak w starych toszibach). Przez chwilę wydawało się, że moja matka będzie skazana na naciskanie Ctrl+Alt aby mieć polskie literki, ale po wielkich bojach dzięki Kernel Toys (działają pod obiema Win9x, a nie tylko pod Win95, jak sugerował producent) udało się spożytkować klawisz <menu>... Cóż, dobre i to...)

[UPDATE]

Może nie ma to zbyt wiele wspólnego z postem, ale przeglądając ten bardzo fajny artykuł znalazłem drobną złośliwość względem Łindołsa, przed której umieszczeniem nie umiem się powstrzymać:
Windows
Designed by Users
Built by Children
Marketed by Atilla the Hun
.