Jednym z czynników, który dość mocno powstrzymywał mnie przed powrotem na blogspot była wizja utraty archiwum albo ręcznego przeklejania postów. Choć Wordpress oferuje całkiem niezłe opcje eksportu i importu, o tyle blogger niestety importować postów z Wordpressa nie potrafi.
Na szczęście, znalazłem bardzo przyjemny programik napisany w pythonie, który całą operacje pozwala przeprowadzić bezboleśnie spod konsoli: wordpress2blogger. Użycie jest bardzo proste: w pliku źródłowym ustawiamy dane swojego konta góglowego, wordpressowego oraz ile postów chcemy przenieść, po czym uruchamiamy skrypt.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technologia. Pokaż wszystkie posty
3.3.07
Dlaczego zrezygnowałem z Wordpressa?
Powodów było kilka.
Po pierwsze, wordpressowy interfejs edytowania nowego wpisu zaczął się sypać po apgrejdowaniu fajerfoksa do wersji 2.0.0.2. Pod epiphany chodzi jeszcze jako tako, pod Operą -- bardzo jako tako (źle łamie wiersze...), no a pod fajerfoksem nie da się zalogować. Konquerora nie będę włączał aby móc utworzyć nowy wpis, oj nie.
Po drugie, wordpress zaczął ostatnio być niemiły. Zaczęło się od tego, że zaczęli chcieć $20 za edytowanie css-u skórki (nie na zawsze, a tylko przez rok). Ja rozumiem (i poniekąd cenię), że ludzie od wordpressa chcą zarobić na swoim produkcie, ale:
Po trzecie, wszystkie powody, dla których w czerwcu zeszłego roku przesiadłem się na wordpressa przestały być aktualne. Tagi są już dostępne na Bloggerze i dość mocno poprawiła się stabilność edytora.
Po czwarte, blogger ma sporo zalet w stosunku do wordpressa. Wspomnę tylko o dwóch: dużo większej kontroli nad wyglądem skórki i układem prezentacji informacji oraz możliwości dowolnego edytowania kodu strony (co pozwala dołączyć kod analytics czy też nawet AdSense). Poza tym, Blogger wydaje się w tej chwili o wiele intensywniej rozwijać od Wordpressa, który ostatnimi czasy pogrążył się chyba w lekkiej stagnacji (a przynajmniej jego darmowa wersja).
Po pierwsze, wordpressowy interfejs edytowania nowego wpisu zaczął się sypać po apgrejdowaniu fajerfoksa do wersji 2.0.0.2. Pod epiphany chodzi jeszcze jako tako, pod Operą -- bardzo jako tako (źle łamie wiersze...), no a pod fajerfoksem nie da się zalogować. Konquerora nie będę włączał aby móc utworzyć nowy wpis, oj nie.
Po drugie, wordpress zaczął ostatnio być niemiły. Zaczęło się od tego, że zaczęli chcieć $20 za edytowanie css-u skórki (nie na zawsze, a tylko przez rok). Ja rozumiem (i poniekąd cenię), że ludzie od wordpressa chcą zarobić na swoim produkcie, ale:
- Deklarowali na początku, że blogi na ich serwerze są za darmo i pozostaną za darmo
- Jeżeli bym miał za coś zapłacić, musiałaby to być jakaś nowa funkcjonalność, niedostępna na innych serwerach i co do której bym czuł, że w jej stworzenie trzeba było zainwestować trochę wysiłku. Edycja css-a taka nie jest.
Po trzecie, wszystkie powody, dla których w czerwcu zeszłego roku przesiadłem się na wordpressa przestały być aktualne. Tagi są już dostępne na Bloggerze i dość mocno poprawiła się stabilność edytora.
Po czwarte, blogger ma sporo zalet w stosunku do wordpressa. Wspomnę tylko o dwóch: dużo większej kontroli nad wyglądem skórki i układem prezentacji informacji oraz możliwości dowolnego edytowania kodu strony (co pozwala dołączyć kod analytics czy też nawet AdSense). Poza tym, Blogger wydaje się w tej chwili o wiele intensywniej rozwijać od Wordpressa, który ostatnimi czasy pogrążył się chyba w lekkiej stagnacji (a przynajmniej jego darmowa wersja).
3.9.06
Coś pożytecznego
No, teraz to udało mi się wyprodukować coś pożytecznego. A mianowicie, program. Dla żony.
Zacznę jednak od początku. Bo moja żona, proszę państwa, od jakiegoś czasu ma nową pasję (lub też, jakby spojrzeć mniej życzliwie, pracę roczną wiszącą nad szyją jak miecz Damoklesa): analiza sieci społecznych (ang. SNA: Social Network Analysis). Można badać w tej metodologii różne ciekawe rzeczy, jak kręgi towarzyskie (ile podań ręki dzieli Cię od królowej angielskiej?), grono, gadu-gadu, a nawet jak ludzie piszący blogi do siebie linkują. Moja żona zajęła się cytowaniami, a konkretniej: cytowaniami w Filozofii Nauki, w ciągu ostatnich dwóch lat.
Niestety, badania naukowe to wcale nie lekki kawałek chleba. Artykułów i cytowanych w FN w ciągu tych dwóch lat zebrało się prawie tysiąc, niektóre mają strasznie długie tytuły... Moja biedna żona niejedną łzę wylała nad lekkomyślnością czy też bezmyślnością polskich filozofów przy konstruowaniu bibliografii. Gdy wreszcie skończyła i zapowiadało się na koniec rzucania przez żonę mięsem, okazało się, że jednak Excel jest kretynem... I wrogiem publiczym numer jeden zamiast dr. Roberta P. z Białegostoku stały się szeroko pojęte produkty Microsoftu.
Niestety, przeboje z arkuszem kalkulacyjnym nie były ostatnią przeszkodą na drodze do prawdy (o stanie polskiej filozofii). Albowiem, od analiz służą dość wyspecjalizowane programiki (np. Pajek), które są siłą rzeczy dziwne. Tym bardziej, że takiego Pajeka napisano w 1996 roku i od tej pory konserwowano wyłącznie kurzem (interfejs jest, delikatnie mówiąc, kontrintuicyjny).
Co gorsza, aby przebadać najciekawsze rzeczy (np. czy doktorzy cytują się jakoś inaczej niż profesorowie? ) trzeba Pajekowi dostarczyć tzw. partycji, czyli pliku będącego odwzorowaniem podziału logicznego wierzchołków sieci. Moja biedna żona znalazła się w kropce, bo Excel takich rzeczy nie potrafi, a w Sieci też nie ma programów robiących partycję...
I tutaj rozpoczyna się moja rola, bo ja taki programik dla mojej żony napisałem. W Pythonie. A teraz umieszczam go w Sieci, ku pożytkowi kogokolwiek, kto znalazłby się w podobnej opresji jak moja żona.
I tak, dzięki swojemu mężowi (czyli mnie), moja żona będzie mogła przeprowadzić badania, z których wyniknie wiele ważkich i zaskakujących wniosków. Jak na przykład to, że polscy filozofowie jednak czasem się cytują. ;-)
Zacznę jednak od początku. Bo moja żona, proszę państwa, od jakiegoś czasu ma nową pasję (lub też, jakby spojrzeć mniej życzliwie, pracę roczną wiszącą nad szyją jak miecz Damoklesa): analiza sieci społecznych (ang. SNA: Social Network Analysis). Można badać w tej metodologii różne ciekawe rzeczy, jak kręgi towarzyskie (ile podań ręki dzieli Cię od królowej angielskiej?), grono, gadu-gadu, a nawet jak ludzie piszący blogi do siebie linkują. Moja żona zajęła się cytowaniami, a konkretniej: cytowaniami w Filozofii Nauki, w ciągu ostatnich dwóch lat.
Niestety, badania naukowe to wcale nie lekki kawałek chleba. Artykułów i cytowanych w FN w ciągu tych dwóch lat zebrało się prawie tysiąc, niektóre mają strasznie długie tytuły... Moja biedna żona niejedną łzę wylała nad lekkomyślnością czy też bezmyślnością polskich filozofów przy konstruowaniu bibliografii. Gdy wreszcie skończyła i zapowiadało się na koniec rzucania przez żonę mięsem, okazało się, że jednak Excel jest kretynem... I wrogiem publiczym numer jeden zamiast dr. Roberta P. z Białegostoku stały się szeroko pojęte produkty Microsoftu.
Niestety, przeboje z arkuszem kalkulacyjnym nie były ostatnią przeszkodą na drodze do prawdy (o stanie polskiej filozofii). Albowiem, od analiz służą dość wyspecjalizowane programiki (np. Pajek), które są siłą rzeczy dziwne. Tym bardziej, że takiego Pajeka napisano w 1996 roku i od tej pory konserwowano wyłącznie kurzem (interfejs jest, delikatnie mówiąc, kontrintuicyjny).
Co gorsza, aby przebadać najciekawsze rzeczy (np. czy doktorzy cytują się jakoś inaczej niż profesorowie? ) trzeba Pajekowi dostarczyć tzw. partycji, czyli pliku będącego odwzorowaniem podziału logicznego wierzchołków sieci. Moja biedna żona znalazła się w kropce, bo Excel takich rzeczy nie potrafi, a w Sieci też nie ma programów robiących partycję...
I tutaj rozpoczyna się moja rola, bo ja taki programik dla mojej żony napisałem. W Pythonie. A teraz umieszczam go w Sieci, ku pożytkowi kogokolwiek, kto znalazłby się w podobnej opresji jak moja żona.
I tak, dzięki swojemu mężowi (czyli mnie), moja żona będzie mogła przeprowadzić badania, z których wyniknie wiele ważkich i zaskakujących wniosków. Jak na przykład to, że polscy filozofowie jednak czasem się cytują. ;-)
Nad samym programikiem już się rozpisywać nie będę. Ograniczę się do wklejenia dokumentacji i linków w następnym poście.
Etykiety:
komputery,
Ogólne,
sna,
technologia
1.9.06
Jeszcze raz o klawiaturze
Nie mogę się powstrzymać, aby nie pokazać, jak powinna wyglądać dobrze zaprojektowana klawiatura komputerowa. Dużo fajnych przycisków, żadnego logo, no i najważniejsze -- aby napisać nawiasy (“()”) nie trzeba naciskać szifta. Klawiatura lispowa firmy Symbolics w pełnej krasie. Czemuż się już takich nie robi?
Etykiety:
komputery,
Ogólne,
technologia
29.8.06
Dobra, stara winda
Zazwyczaj jestem wrogo nastawiony wobec Łindołsa. Z badzo prostej przyczyny: jest po prostu dla mnie za trudny.
Przykłady? Ot, takie nagrywanie płyt. W Linuksie (a przynajmniej w Ubuntu) się wkłada czystą płytkę, pojawia się okienko, przeciąga się tam odpowiednie pliki, klika przycisk “Nagraj” i już, płytka gotowa. Ewentualnie, w starych czasach konsolowych, wrzucało się wybrane pliki w odpowiednie urządzenie i też było gites. A pod windą? Cóż, aż mi się nie chciało uwierzyć, jak informatyk w Rapp Collins przez 20 minut męczył się, starając dobrać wersję oprogramowania nagrywającego do sprzętu, na którym miałem przyjemność pracować. Co więcej, dziwnym przypadkiem nie udało mi się znaleźć (a szukałem) windzianego programu, który by po prostu nagrywał płyty, bez fajerwerków i wodotrysków (owszem, znalazłem programy po prostu bez fajerwerków, ale miały tę wadę, że nie nagrywały). Instalka kobyły, która przy okazji wypalała płytki ważyła dobre 70 mega (w domu by minęło kilka godzin, zanim by się ściągnęła). Last but not least: to nie był wcale program bezpłatny!
Albo, różnica między instalowaniem Ubuntu i Łindołsa... Ten pierwszy pyta się o kilka rzeczy, które bardzo chce wiedzieć, a później robi swoje. Ten drugi z kolei, o wszystko pyta we właściwym sobie czasie, co uniemożliwia pójście na kawę i niemyślenie o tym, co się dzieje na komputerze. Już nawet nie chcę narzekać na to, że nie ma LiveCD łindołsowego (pewnie by prosiło o klucz produktu zanim by się uruchomiło).
Szkoda również gadać o tym, że musiałem poświęcić pół godziny na przekonanie taczpada Synaptics w laptopie mojej żony do tego, że jednak nie powinien z niewyjaśnionych przyczyn przestawać działać 15 minut po uruchomieniu komputera... A pod Ubuntu jedyne co musiałem zrobić, to zainstalować odpowiedni pakiet, i nie do tego, aby taczpad działał, ale aby włączyc bajery, typu stukanie dwoma palcami w celu emulowania środkowego klawisza myszki
Dzisiaj jednak wyjątkowo doceniłem pewną wersje Łindowsa, a mianowicie: Windowsa 98. Zainstalowałem go na moim starym laptopie (z procesorem Pentium 266 i 32 MB ramu), który zamierzam podarować mojej matce. Miałem pewne kłopoty ze sterownikami, śmiesznie też się ustawiało rozdzielczość... To wszystko nie nastrajało mnie pozytywnie. Otworzyłem jednak pierwszy lepszy katalog i z zażenowaniem zdałem sobie sprawę, że Windows Explorer na starym laptopie działa tak samo szybko jak Nautilus... na moim nowym laptopie.
Więc może nie był to prawdziwy system operacyjny, może nie był wielozadaniowy, może i łapał wszystkie wirusy jak leci. Ale, proszę państwa, wolny nie był (w obu znaczeniach tego słowa).
(Na pocieszenie wszystkich linuksiarzy dodam, że moje pozytywne nastawienie wobec windy ulotniło się, kiedy okazało się, że kody klawiszy są na stałe wprogramowane w system operacyjny i w związku z tym nie przemapuję sobie klawisza “`” na prawy Alt (którego niestety brak w starych toszibach). Przez chwilę wydawało się, że moja matka będzie skazana na naciskanie Ctrl+Alt aby mieć polskie literki, ale po wielkich bojach dzięki Kernel Toys (działają pod obiema Win9x, a nie tylko pod Win95, jak sugerował producent) udało się spożytkować klawisz <menu>... Cóż, dobre i to...)
[UPDATE]
Może nie ma to zbyt wiele wspólnego z postem, ale przeglądając ten bardzo fajny artykuł znalazłem drobną złośliwość względem Łindołsa, przed której umieszczeniem nie umiem się powstrzymać:
Przykłady? Ot, takie nagrywanie płyt. W Linuksie (a przynajmniej w Ubuntu) się wkłada czystą płytkę, pojawia się okienko, przeciąga się tam odpowiednie pliki, klika przycisk “Nagraj” i już, płytka gotowa. Ewentualnie, w starych czasach konsolowych, wrzucało się wybrane pliki w odpowiednie urządzenie i też było gites. A pod windą? Cóż, aż mi się nie chciało uwierzyć, jak informatyk w Rapp Collins przez 20 minut męczył się, starając dobrać wersję oprogramowania nagrywającego do sprzętu, na którym miałem przyjemność pracować. Co więcej, dziwnym przypadkiem nie udało mi się znaleźć (a szukałem) windzianego programu, który by po prostu nagrywał płyty, bez fajerwerków i wodotrysków (owszem, znalazłem programy po prostu bez fajerwerków, ale miały tę wadę, że nie nagrywały). Instalka kobyły, która przy okazji wypalała płytki ważyła dobre 70 mega (w domu by minęło kilka godzin, zanim by się ściągnęła). Last but not least: to nie był wcale program bezpłatny!
Albo, różnica między instalowaniem Ubuntu i Łindołsa... Ten pierwszy pyta się o kilka rzeczy, które bardzo chce wiedzieć, a później robi swoje. Ten drugi z kolei, o wszystko pyta we właściwym sobie czasie, co uniemożliwia pójście na kawę i niemyślenie o tym, co się dzieje na komputerze. Już nawet nie chcę narzekać na to, że nie ma LiveCD łindołsowego (pewnie by prosiło o klucz produktu zanim by się uruchomiło).
Szkoda również gadać o tym, że musiałem poświęcić pół godziny na przekonanie taczpada Synaptics w laptopie mojej żony do tego, że jednak nie powinien z niewyjaśnionych przyczyn przestawać działać 15 minut po uruchomieniu komputera... A pod Ubuntu jedyne co musiałem zrobić, to zainstalować odpowiedni pakiet, i nie do tego, aby taczpad działał, ale aby włączyc bajery, typu stukanie dwoma palcami w celu emulowania środkowego klawisza myszki
Dzisiaj jednak wyjątkowo doceniłem pewną wersje Łindowsa, a mianowicie: Windowsa 98. Zainstalowałem go na moim starym laptopie (z procesorem Pentium 266 i 32 MB ramu), który zamierzam podarować mojej matce. Miałem pewne kłopoty ze sterownikami, śmiesznie też się ustawiało rozdzielczość... To wszystko nie nastrajało mnie pozytywnie. Otworzyłem jednak pierwszy lepszy katalog i z zażenowaniem zdałem sobie sprawę, że Windows Explorer na starym laptopie działa tak samo szybko jak Nautilus... na moim nowym laptopie.
Więc może nie był to prawdziwy system operacyjny, może nie był wielozadaniowy, może i łapał wszystkie wirusy jak leci. Ale, proszę państwa, wolny nie był (w obu znaczeniach tego słowa).
(Na pocieszenie wszystkich linuksiarzy dodam, że moje pozytywne nastawienie wobec windy ulotniło się, kiedy okazało się, że kody klawiszy są na stałe wprogramowane w system operacyjny i w związku z tym nie przemapuję sobie klawisza “`” na prawy Alt (którego niestety brak w starych toszibach). Przez chwilę wydawało się, że moja matka będzie skazana na naciskanie Ctrl+Alt aby mieć polskie literki, ale po wielkich bojach dzięki Kernel Toys (działają pod obiema Win9x, a nie tylko pod Win95, jak sugerował producent) udało się spożytkować klawisz <menu>... Cóż, dobre i to...)
[UPDATE]
Może nie ma to zbyt wiele wspólnego z postem, ale przeglądając ten bardzo fajny artykuł znalazłem drobną złośliwość względem Łindołsa, przed której umieszczeniem nie umiem się powstrzymać:
Windows
Designed by Users
Built by Children
Marketed by Atilla the Hun.
Etykiety:
komputery,
linux,
Ogólne,
technologia,
windows
24.7.06
Czemu nie wszystko, co dobre dla Kazika musi być dobre dla mnie
Kazik całkiem niedawno napisał o tym, jak to przeniósł się z Gnome'a na KDE i jak to spodziewał się z mojej strony polemiki. Ja mu odpisałem w komentarzu, że jestem w wyjątkowo niepolemicznym nastroju i że od pewnego czasu nosiło mnie, aby zainstalować sobie środowisko na K. I że w ogóle minęła sesja i właśnie mam czas aby to zrobić. Co też uczyniłem.
Niestety, moje wrażenia są zasadniczo inne niż Kazikowe.
Po pierwsze, nie odniosłem subiektywnego wrażenia, aby cokolwiek działało szybciej... Wręcz przeciwnie. Mało rzeczy mnie tak denerwuje, jak czekanie, aż komputer przemyśli wszystkie programy, które ma w menu i łaskawie je pokaże. Kate uruchamia się dużo wolniej od Gedita -- powidziałbym, że jak Gnome półtora roku temu.
Po drugie, strasznie dużo programów zaczęło nagle zwracać błędy. Dużo spodziewałem się po Kat -- KDE-owymodpowiedniku Beagle, napisanym w C zamiast w C#. Niestety, nie udało mi się go praktycznie uruchomić, i niedoszły killer-app rozpoczął wysyłkę rozpaczliwej kaskady błędów, której nawet restart X-ów nie zakończył.
Oczywiście, jako osoba konsekwentna, ustawiłem sobie KDE jako sesję domyślną, aby się przyzwyczaić, a nuż mi się spodoba. Gdy jednak znalazłem skrinszota z Gnome i złapałem się na myśli “Och, jaki fajny menedżer okien”, już wiedziałem, że Gnom wraca. I wrócił.
Niestety, moje wrażenia są zasadniczo inne niż Kazikowe.
Po pierwsze, nie odniosłem subiektywnego wrażenia, aby cokolwiek działało szybciej... Wręcz przeciwnie. Mało rzeczy mnie tak denerwuje, jak czekanie, aż komputer przemyśli wszystkie programy, które ma w menu i łaskawie je pokaże. Kate uruchamia się dużo wolniej od Gedita -- powidziałbym, że jak Gnome półtora roku temu.
Po drugie, strasznie dużo programów zaczęło nagle zwracać błędy. Dużo spodziewałem się po Kat -- KDE-owymodpowiedniku Beagle, napisanym w C zamiast w C#. Niestety, nie udało mi się go praktycznie uruchomić, i niedoszły killer-app rozpoczął wysyłkę rozpaczliwej kaskady błędów, której nawet restart X-ów nie zakończył.
Oczywiście, jako osoba konsekwentna, ustawiłem sobie KDE jako sesję domyślną, aby się przyzwyczaić, a nuż mi się spodoba. Gdy jednak znalazłem skrinszota z Gnome i złapałem się na myśli “Och, jaki fajny menedżer okien”, już wiedziałem, że Gnom wraca. I wrócił.
13.7.06
Opereczka, czyli miła sercu miniaturka
Tego posta piszę po raz drugi -- w Fajerfoksie. Nie, jak próbowałem przed chwilą, w Operze. Zaraz wyjaśnię dlaczego.Od kilku dni przebywam poza Warszawą (aż nie chce mi przejść przez klawiaturę, że poza domem), przez co moje kontakty z Siecią nabrały charakteru sporadycznego. Gdzieś w kafejce, przy okazji przelewu bankowego, przez komórkę... Teraz akurat jestem w Szczecinie, więc połączenie jest wspaniałe (co jak co, ale kiepskich łącz nie można zarzucić Uniwersytetowi Szczecińskiemu). Jednakże, nie jest do końca kolorowo.
Jestem zmuszony (przyznaję to ze smutkiem) korzystać (gościnnie) nie z mojej ulubionej trójki Linux plus Gnom plus Flock, ale z Łindołsa IksPe plus Emula plus wiele dziwnych rzeczy plus Fajerfoks. Jak się domyślacie, nie ma to zbyt pozytywnego wpływu na komfort użytkowania komputera. Sczególnie, że Fajerfoks łindołsowy obecny na pokładzie działa bardzo wolno, nie umie blokować flasza i, w związku z tym, zawiesza się przy próbie użycia rolki myszki (rozwiązanie -- zaznaczać tekst aż się pojawi).
Te wszystkie nieszczęścia sprawiły, że postanowiłem poekspeymentować z Operą. Opera zbyt dużo ekstensji nie potrzebuje, jest ergonomiczna, niezasobożerna i po prostu prawie jak meble z Ikei. Jeśli chodzi o chodzenie po Internecie, Opera radzi sobie świetnie. Chciałem już napisać same superlatywy, ale, niestety, zacząłem pisać w Operze w Wordpressie. I tu się zaczęły schody, bo specyficznie (jednocześnie -- dla mnie normalka przy szybkim pisaniu) uderzone ,s' i ,prawy alt' opera odczytywała taka jak powinna odczytywać ,kontrol' i ,s', czyli otwierała ekran zapisywania strony. Nie muszę dodawać, że podobnie było z resztą kombinacji klawiszy zwyczajowo używanych w Polsce do pisania zdania Zażółć gęślą jaźń... Czyli, dopóki nie przestawię się całkowicie na język Szekspira, Opera jest nie dla mnie.
Z drugiej jednak strony, dzięki temu eksperymentowi odkryłem coś, co jest naprawdę fajne. Odkryłem mianowicie Operę Mini, czyli Operę przeznaczoną dla telefonów komórkowych. I to nie dla, jak lubi je nazywać Pryncypał, urządzeń (palmtop który przypadkowo, w przerwach między zawieszaniem się i wyświetlaniem filmu, potrafi dzwonić), ale dla uczciwych telefonów komórkowych, jak mój Siemens. Jak niektórzy może wiedzą, przeglądarki w telefonach komórkowych są totalnie antyergonomiczne (coś jak połączenie ducha starych polskich programów działających pod DOS-em z estetyką KDE, połączone z małą ilością przycisków na klawiaturze) i obsysają maksymalnie. A Opereczka działa szybko, czysto i, do diabła, ma normalnie rozwiązane wypełnianie formularzy. Już nie boję się ekranu logowania do Gmaila na telefonie komórkowym.
Istnieje też druga, ważniejsza cecha Opery Mini. Nie bierze ona stron bezpośrednio z Internetu, ale przepuszcza je przez serwer, który je optymalizuje. To bardzo pomaga. (Swoją drogą, od pewnego czasu chodził mi po głowie pomysł napisania skryptu, który czyściłby html z obrazków i bajerów. Na całe szczęście ktoś to za mnie zrobił :).)
Szkoda jedynie, że Operę Mini odkryłem tak późno. Tutaj Internet jest, a za chwilę wracam pracować dla Wielkiego Babilonu, w którym, choć sieć jest, etyka korporacyjna wymaga używania Internet Eksplorera (mam nadzieję, że nie ujawniam żadnych tajemnic handlowych w tej chwili). Zatem, nie będę miał przez najbliższy miesiąc potrzeby korzystania z mojego nowego odkrycia.
(Pragnę też wytłumaczyć się z niskiej filozoficzności ostatnio poruszanych tematów: są wakacje, niedługo będę pracował, ciągle nie podniosłem się po letniej sesji, ze szczególnym uwzględnieniem Naczelnego Szołmena IF i szklanego sufitu. Lecz nie martwcie się, czytam Searle'a i zapewne niedługo coś filozoficznego przyjdzie mi do głowy ;-))
Jestem zmuszony (przyznaję to ze smutkiem) korzystać (gościnnie) nie z mojej ulubionej trójki Linux plus Gnom plus Flock, ale z Łindołsa IksPe plus Emula plus wiele dziwnych rzeczy plus Fajerfoks. Jak się domyślacie, nie ma to zbyt pozytywnego wpływu na komfort użytkowania komputera. Sczególnie, że Fajerfoks łindołsowy obecny na pokładzie działa bardzo wolno, nie umie blokować flasza i, w związku z tym, zawiesza się przy próbie użycia rolki myszki (rozwiązanie -- zaznaczać tekst aż się pojawi).
Te wszystkie nieszczęścia sprawiły, że postanowiłem poekspeymentować z Operą. Opera zbyt dużo ekstensji nie potrzebuje, jest ergonomiczna, niezasobożerna i po prostu prawie jak meble z Ikei. Jeśli chodzi o chodzenie po Internecie, Opera radzi sobie świetnie. Chciałem już napisać same superlatywy, ale, niestety, zacząłem pisać w Operze w Wordpressie. I tu się zaczęły schody, bo specyficznie (jednocześnie -- dla mnie normalka przy szybkim pisaniu) uderzone ,s' i ,prawy alt' opera odczytywała taka jak powinna odczytywać ,kontrol' i ,s', czyli otwierała ekran zapisywania strony. Nie muszę dodawać, że podobnie było z resztą kombinacji klawiszy zwyczajowo używanych w Polsce do pisania zdania Zażółć gęślą jaźń... Czyli, dopóki nie przestawię się całkowicie na język Szekspira, Opera jest nie dla mnie.
Z drugiej jednak strony, dzięki temu eksperymentowi odkryłem coś, co jest naprawdę fajne. Odkryłem mianowicie Operę Mini, czyli Operę przeznaczoną dla telefonów komórkowych. I to nie dla, jak lubi je nazywać Pryncypał, urządzeń (palmtop który przypadkowo, w przerwach między zawieszaniem się i wyświetlaniem filmu, potrafi dzwonić), ale dla uczciwych telefonów komórkowych, jak mój Siemens. Jak niektórzy może wiedzą, przeglądarki w telefonach komórkowych są totalnie antyergonomiczne (coś jak połączenie ducha starych polskich programów działających pod DOS-em z estetyką KDE, połączone z małą ilością przycisków na klawiaturze) i obsysają maksymalnie. A Opereczka działa szybko, czysto i, do diabła, ma normalnie rozwiązane wypełnianie formularzy. Już nie boję się ekranu logowania do Gmaila na telefonie komórkowym.
Istnieje też druga, ważniejsza cecha Opery Mini. Nie bierze ona stron bezpośrednio z Internetu, ale przepuszcza je przez serwer, który je optymalizuje. To bardzo pomaga. (Swoją drogą, od pewnego czasu chodził mi po głowie pomysł napisania skryptu, który czyściłby html z obrazków i bajerów. Na całe szczęście ktoś to za mnie zrobił :).)
Szkoda jedynie, że Operę Mini odkryłem tak późno. Tutaj Internet jest, a za chwilę wracam pracować dla Wielkiego Babilonu, w którym, choć sieć jest, etyka korporacyjna wymaga używania Internet Eksplorera (mam nadzieję, że nie ujawniam żadnych tajemnic handlowych w tej chwili). Zatem, nie będę miał przez najbliższy miesiąc potrzeby korzystania z mojego nowego odkrycia.
(Pragnę też wytłumaczyć się z niskiej filozoficzności ostatnio poruszanych tematów: są wakacje, niedługo będę pracował, ciągle nie podniosłem się po letniej sesji, ze szczególnym uwzględnieniem Naczelnego Szołmena IF i szklanego sufitu. Lecz nie martwcie się, czytam Searle'a i zapewne niedługo coś filozoficznego przyjdzie mi do głowy ;-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)