Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu. Pokaż wszystkie posty

4.3.07

Nieistniejący Instytut: IF UW

Tak, proszę państwa. Z bólem w ostatnich dniach zdałem sobie sprawę, że moja alma mater nie istnieje.

Oczywiście, nie suponuję bynajmniej, że tzw. IF UW to jest jeden wielki spisek -- że “studenci” i “wykładowcy” umówili się, że będą wszystkim mówić, że robią filozofię w ramach Uniwersytetu Warszawskiego, aby dobrze wypadać przed rodziną, dostawać kasę i mieć wpis do CV, a w rzeczywistości piją piwo. Nie twierdzę również, że IF UW przestał istnieć: rozwiązano go, spuścili bombę.

Jednakże, moje stwierdzenie nie jest zupełnie nieuzasadnione. Wpiszmy w Góglu następujące kwerendy:
  • "warsaw philosophy": pierwszy rekord związany bezpośrednio ze stroną naszego instytutu pojawia się na drugiej stronie. Nie jest to niestety strona główna, a jakaś bardzo stara wersja anglojęzyczna. W międzyczasie mamy strony KUL-u, starą stronę Jacka Juliusza Jadackiego na serwerze SWPS-u, stronę Mariusza Grygiańca na geocities...
Każda z nich powinna nas natychmiastowo i trywialnie zaprowadzić na angielską wersję strony głównej Instytutu Filozofii. Niestety, tak nie jest. Jakie są tego skutki (o możliwych przyczynach za chwilę)?

Kiedy John R. Smith, filozof z Zachodu, z jakichś tylko sobie znanych przyczyn postanawia się czegoś dowiedzieć na temat filozofii w Warszawie, cóż robi? Korzysta z Gógla. I czegóż się dowiaduje? Niczego. Ergo, dla Johna R. Smitha IF UW nie istnieje. Leży poza jego stożkiem świetlnym. Zamiast Johna R. Smitha można sobie wstawić Giovanniego Malatestę, Hansa Schmidta, Johana van Dorpa, Juana Pereza, w zależności od preferencji geograficznych... Nie wyślą do nas żadnych zaproszeń na konferencję. Nie przyjdzie im do głowy coś z nami zorganizować. Nie polecą swoim studentom wyjazdu na Erasmusa do Warszawy (chyba że w ramach wyjątkowo wrednego practical joke). O tym, jak wychodzą na tym pracownicy nie trzeba chyba mówić.

Teraz, jeszcze zabawniejsze ma to bezpośrednie skutki np. dla mnie. Kiedy spotykam filozofa belgijskiego i, załóżmy, wywrę dobre wrażenie, zazwyczaj rozmowa schodzi na to skąd przyjechałem etc. Zazwyczaj opowiadam, że u nas filozofia jest bardzo analityczna i jest więcej logiki. Jeszcze jest nieźle. Gorzej, jak Belg zaczyna się zastanawiać, kogo on może znać z Warszawy, bo ja wiem, że nikogo (Tarskiego z dość oczywistych względów nie liczę). Co więcej, nikogo nie musi znać aby orientować się w swojej dziedzinie (jakakolwiek by była). Najgorzej jest, jeżeli Belg postanowi wreszcie wygógłować moją almę mater -- wtedy przekonuje się, że czegoś takiego nie ma (albo widzi różową szkołę ateńską sprzed lat) i dochodzi do wniosku, że ja jestem znikąd, a strasznie ściemniam.

Moją frustrację pogłębia to, że tutejsi analitycy znaleźliby bez problemu wspólny język z naszymi ontologami czy semiotykami (sic!). Pod warunkiem, że istnieliby w tym samym wszechświecie równoległym.

Na koniec, jakie są (moim zdaniem) tego smutnego stanu rzeczy przyczyny:
  • Strona IF UW jst fatalnie zrobiona jeśli chodzi o “znajdowalność” przez wyszukiwarki
  • Nie pojawiają się na niej żadne nowe użyteczne informacje
  • Nie są na niej publikowane nowe artykuły pracowników IF UW.
Rozwiązanie tego problemu jest banalnie proste: najzwyklejszy, darmowy System Zarządzania Treścią (CMS po ludzku), np. Mambo (skoro CBA to wystarcza, IF UW również powinno wystarczyć). Każdy pracownik miałby swoją własną podstronę, którą łatwo mógłby edytować i na której mógłby umieszczać drafty właśnie pisanych artykułów albo materiałów dla studentów. To samo dotyczy informacji instytutu, które można by bardzo łatwo dodawać, w sensownym miejscu (ruszające się literki to jest najgorszy pomysł na serwowanie niusów).

Na moje oko koszty rzędu tego całego przedsięwzięcia wynosiłyby (maksymalnie) kilka tysięcy złotych rocznie, a zyski byłyby przecież ogromne. Choćby ze względu na to, że strony dobrze zrobione i często zmieniające się są dużo lepiej indeksowanie przez wyszukiwarki internetowe -- nie wspominając juz o takich trywializmach jak większa wygoda pracowników i studentów.

Oczywiście, dobra strona nigdy nie zastąpi publikowania dobrych prac po angielsku, ale jest to pierwszy krok -- pochodzenie znikąd na pewno nie pomaga potencjalnym autorom.

(Przemyślenia do tego posta powstały po tym, jak okazało się, że znajoma Flamandka pisze magisterkę na temat bardzo związany z niedawno zakończonym doktoratem mojej znajomej z Warszawy. Dałem Flamandzce nazwisko i powiedziałem, aby sobie wygóglowała. Niestety, znalezienie mejla bez znajomości polskiego okazało się praktycznie niewykonalne. Można więc powiedzieć, że post ten jest sponsorowany przez logiczne podstawy muzykologii.)

21.2.07

Long time, no see (bo sesja była)

Tak, zaniedbanie bloga to rzecz karygodna -- nie wolno robić przykrości wiernym Czytelnikom. Z drugiej jednak strony, jeżeli Czytelnik czuje chociaż trochę sympatii wobec autora, powinien się właściwie cieszyć z zaniedbania, świadczy ono bowiem o tym, że autor ma różne ciekawe rzeczy do roboty, które musi robić w czasie zazwyczaj przeznaczonym do dzielenia się swoimi przemyśleniami na temat życia z czytelnikami. Mam nadzieję bowiem, że Czytelnicy nie pomyśleli nawet przez chwilę, że dostałem strasznej chandry i ból istnienia tak mnie przytłoczył, że nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, a co dopiero siąść do komputera.

A ostatnio działo się, oj działo. Gdy już otrząsnąłem się ze świątecznego lenistwa, dopadło mnie zło w czystej postaci: sesja. I to nie taka miła, przyjemna sesja, do której jestem przyzwyczajony na filozofii, ale taka straszna, 5 egzaminów, w większości strasznie kobylastych. Co gorsza, na większości z nich za cholerę nie dało się ściemniać. No bo powiedzcie, jak tu ściemniać na egzaminie z niderlandzkiego? Trzeba by po niderlandzku, czego dokonanie implikuje łatwe zdanie egzaminu samego w sobie. Sesja, prócz rzeczy objętych programem, nauczyła mnie kilku rzeczy:

  • W trakcie sesji dużym błędem jest dawanie się ponieść fascynacji poznawczej nowym (bądź starym, ale dawno nieużywanym) językiem programowania. O ile z Prologa miałem egzamin, o tyle z Pythona, Haskella ani Smalltalka nie. Pisanie silnika (silniczka?) Wiki w Pythonie dwa dni przed najcięższym egzaminem jest po prostu niewybaczalne. (O miodności Pythona niech świadczy to, że dało się to zrobić na tyle szybko, że zdążyłem się jeszcze trochę pouczyć.)

  • Egzaminatorzy w Polsce i w Belgii mają bardzo różne podejścia do życia. Na przykład, w Polsce nikomu by nie przyszło do głowy zadawać te same pytania przez kilka lat pod rząd. W Belgii założenie: “To było w zeszłym roku, więc nie ma sensu jakoś strasznie mocno się tego uczyć” to prosta droga do nieszczęścia.

  • LaTeX i Emacs rządzą światem. Od kiedy spróbowałem AUCTeX-a, nie chcę edytować plików TeX-owych w niczym innym -- pomyślecie choćby o podglądzie na żywo formuł matematycznych.


Tyle dobrego na teraz, o urlopie w Polsce -- w następnym poście.

Long time, no see (bo sesja była)

Tak, zaniedbanie bloga to rzecz karygodna -- nie wolno robić przykrości wiernym Czytelnikom. Z drugiej jednak strony, jeżeli Czytelnik czuje chociaż trochę sympatii wobec autora, powinien się właściwie cieszyć z zaniedbania, świadczy ono bowiem o tym, że autor ma różne ciekawe rzeczy do roboty, które musi robić w czasie zazwyczaj przeznaczonym do dzielenia się swoimi przemyśleniami na temat życia z czytelnikami. Mam nadzieję bowiem, że Czytelnicy nie pomyśleli nawet przez chwilę, że dostałem strasznej chandry i ból istnienia tak mnie przytłoczył, że nie jestem w stanie zwlec się z łóżka, a co dopiero siąść do komputera.

A ostatnio działo się, oj działo. Gdy już otrząsnąłem się ze świątecznego lenistwa, dopadło mnie zło w czystej postaci: sesja. I to nie taka miła, przyjemna sesja, do której jestem przyzwyczajony na filozofii, ale taka straszna, 5 egzaminów, w większości strasznie kobylastych. Co gorsza, na większości z nich za cholerę nie dało się ściemniać. No bo powiedzcie, jak tu ściemniać na egzaminie z niderlandzkiego? Trzeba by po niderlandzku, czego dokonanie implikuje łatwe zdanie egzaminu samego w sobie. Sesja, prócz rzeczy objętych programem, nauczyła mnie kilku rzeczy:

  • W trakcie sesji dużym błędem jest dawanie się ponieść fascynacji poznawczej nowym (bądź starym, ale dawno nieużywanym) językiem programowania. O ile z Prologa miałem egzamin, o tyle z Pythona, Haskella ani Smalltalka nie. Pisanie silnika (silniczka?) Wiki w Pythonie dwa dni przed najcięższym egzaminem jest po prostu niewybaczalne. (O miodności Pythona niech świadczy to, że dało się to zrobić na tyle szybko, że zdążyłem się jeszcze trochę pouczyć.)

  • Egzaminatorzy w Polsce i w Belgii mają bardzo różne podejścia do życia. Na przykład, w Polsce niekomu by nie przyszło do głowy zadawać te same pytania przez kilka lat pod rząd. W Belgii założenie: “To było w zeszłym roku, więc nie ma sensu jakoś strasznie mocno się tego uczyć” to prosta droga do nieszczęścia.

  • LaTeX i Emacs rządzą światem. Od kiedy spróbowałem AUCTeX-a, nie chcę edytować plików TeX-owych w niczym innym -- pomyślecie choćby o podglądzie na żywo formuł matematycznych.


Tyle dobrego na teraz, o urlopie w Polsce -- w następnym poście.

22.12.06

Jednak być klientem banku to jest coś

Mogę powiedzieć, że mam całkiem sporo doświadczeń związanych z bankami: miałem konto w BPH, mam konto w Pekao SA. Część z tych doświadczeń jest mało sympatyczna, jak trwające miesiącami próby uruchomienia bankowości internetowej w Pekao, albo odkrycie, że przy małych obrotach dochodzi do eskalacji wysokości opłat bankowych w BPH (skończyło się zamknięciem przeze mnie konta). Nie wyobrażam sobie życia (a przynajmniej życia w cywilizacji) bez korzystania z usług bankowych, jednak przyzwyczaiłem się myśleć o bankach jako o istotach potężnych, wrednych, kłamliwych i potwornie topornych. Banki są konieczne, ale złe. Pomagało mi to przetrwać różne niespodzianki, jak skrajnie nieelastyczna forma spłacania karty kredytowej, konieczność płacenia za każdą duperelę albo wysokie opłaty bankowe. Dlatego byłem zupełnie nieprzygotowany na to, spotkało mnie w Belgii.

Po pierwsze, założenie konta bankowego przez obcokrajowca jest w Belgii bardzo proste. Mówią po angielsku, nie trzeba pokazywać rachunków telefonicznych, powoływać się na znajomych polityków, ani pokazywac rodowodu psa. Choć umowa jest po niderlandzku, jest stosunkowo mała szansa, że zostaniemy oszukani. Nie treba dodatkowo płacić za uczynienie kogoś współwłaścicielem konta (w przeciwieństwie do BPH, gdzie mieli bezczelność zażądać jeszcze znaczka skarbowego). W ogóle, nie trzeba za nic płacić. Przelewy są za darmo, bankowość internetowa jest za darmo, dodatkowa karta za darmo, wypłaty z bankomatów za darmo, wypłaty z obcych bankomatów za darmo, wypłaty z bankomatów w całej strefie euro za darmo, wypłata z bankomatu poza strefą euro -- €0,25 (czyli dużo taniej niż wypłata z obcego bankomatu w Polsce). Przelewy zagraniczne -- za darmo, podczas gdy w Polsce się za to płaci co najmniej 80 zł (sic!). Z tego, co zdążyłem się zorientować, koszty bankowe wzrastają jak się ukończy 26 rok życia, jednak raczej nie przekraczają €20 rocznie (w Pekao SA płaci się trochę więcej... niezależnie od wieku). Belgijską kartą bankomatową można płacić nawet w automacie z napojami, dzięki czemuś w rodzaju elektronicznej portmonetki (Proton to się nazywa). Wszystkie karty mają chipa, co sprawia, że nasze polskie karty bankowe są przestarzałe i nie możemy wypłacać nimi pieniędzy. Nie ukrywajmy tego -- między polskim a belgijskim systemem bankowym jest przepaść. (Jedynym moim do tej pory zastrzeżeniem był nieco niewygodny system autentykacji w bankowości internetowej.)

Dlaczego jednak o tym piszę na swoim blogu? Dlaczego robię swojemu bankowi (belgijskiemu) darmową reklamę? Otóż, dostałem dzisiaj od nich przesyłkę, która rozwiązała moje problemy z niewygodną autentykacją, a przy okazji dosłownie powaliła mnie na kolana. Oto zdjęcie:KBC

Tak, wysłali mi (za darmo!) urządzenie, dzięki któremu autentykacja stała się wygodna. Żadnych cholernych kart kodów, które trzeba zamawiać i które giną, żadnych sms-ów, żadnych apletów Javy... Po prostu wkładam kartę, wpisuję wyzwanie (czyli numerek ze strony www), wpisuję swój PIN, wpisuję hasło na stronie internetowej. I jestem zalogowany. Ponadto, mogę swoim urządzeniem sprawdzić stan Protona.

Teraz, można się zastanawiać, po co ja to wszystko piszę? Bank jest w Belgii, większość moich czytelników w Polsce, zatem zupełnie nie nadaje się na klientów KBC. Niemniej jednak, trudno zauważyć, jaki chujowy mamy w Polsce system bankowy, dopóki się nie wie, jak może być. A może być miło i tanio. Dlatego, czuję się w obowiązku doedukować swoich czytelników, licząc na to, że w związku z powstałą przez to frustracją u nas kiedyś będzie podobnie. Choć ostatnio nie zapowiada się, bo (jak donoszą media), nasz wspaniały rząd chce zrobić prezesem jednego z największych polskich banków fizyka z doświadczeniem urzędniczym. Aż się cieszę, że nie mam tam konta.

(A z rzeczy technicznych, to wordpress mi pisze, że zużywam 4% ze swoich 50MB, i że mogę kupić więcej. To oznacza, że chyba niedługo z powrotem na bloggera się pewnie przesiądę... :/ )

14.11.06

Dirk the Plumber

Jak niektórzy być może wiedzą, pewną wadą naszego mieszkania leuveńskiego był prysznic. Nie był on może jakoś strasznie obrzydliwy, jednak odpadające kafelki nigdy nie są miłe (swoją drogą, jakbym był kafelkiem przyklejonym do blachy, pewnie też bym się odklejał). Landlady odgrażała się, że każe to naprawić praktycznie od samego początku, jednak tygodnie mijały, a o remonciku nie było mowy. Tym niemniej, wczoraj wieczorem dostałem od Landlady mejla, że dziś ,,plumber'' przybędzie do naszego mieszkania o 9.30, i że mamy go wpuścić, nie bać się i w ogóle zapewnić swobodę operowania.

Obudziliśmy się o 9.00 pełni najgorszych obaw. Doświadczenia z tzw. fachowcami mamy jak najgorsze (nigdy nie zapomnę bandy jaskiniowców, którzy montowali nam okna na Targówku). Co gorsza, od rana lało jak z cebra (mamy dach z pleksi, więc zawsze wiemy, czy pada), obwodnica brukselska znana z korków (po niderlandzku file, mieliśmy to dziś na lekcji niderlandzkiego w dialogu), więc nastawialiśmy się na dość upierdliwe czekanie i spóźnienie się na zajęcia. Ku naszemu zaskoczeniu, pięć po pół do usłyszeliśmy dzwonek (nie wiem, czy Belgowie mawiają o kimś, kto przybywa w samą porę, że jest punktualny jak hydraulik w deszcz, ale byłoby całkiem na miejscu). Hydraulik o fizjonomii podstarzałego hippisa (długie siwe włosy, broda -- te klimaty) przyniósł swoje narzędzie, deski, którymi jak się okazało miał zakleić kafelki (myśl techniczna Belgów wciąż mnie zdumiewa), a my pojechaliśmy na zajęcia.

Gdy wróciliśmy na drugie śniadanie, prace już były dość zaawansowane. Było trochę wiórów po cięciu desek, więc zanosiło się na to, że będziemy mieli co sprzątać po powrocie. Powstały też dwa problemy. Otóż hydraulik musiał zakręcić kurek z wodą, który to jest w piwnicy, a nie miał do niej klucza. Właścicielka miała przyjechać dopiero wieczorem, a spodziewał się skończyć wczesnym popołudniem. Po drugie, my z zajęć mieliśmy wrócić dość późno, a hydraulikowi jakoś nie widziało się czekać do naszego powrotu.

Pierwszy problem został rozwiązany następująco: hydraulik za pomocą drucika włamał się do piwnicy, którą (gdy zrobił, co miał zrobić) zamknął ta samą metodą, którą otworzył. Jeśli chodzi o drugi, dałem hydraulikowi klucz i umówiłem się, że zostawi nad framugą.

Gdy wróciliśmy, okazało się, że hydraulik sobie poszedł, a na pożegnanie posprzątał elektroluksem podłogę w kuchni (miły bonus, bo zbieraliśmy się do tego od kilku dni).W umywalce znaleźliśmy następującą kartkę:

Dirk the Plumber

Teraz pytanie do szanownego czytelnictwa: ilu z Was odważyłoby się umówić z hydraulikiem na zostawianie klucza na framudze w Polsce? Ilu polskich hydraulików w Polsce mówi po angielsku z całkiem ładnym akcentem? I ilu na pożegnanie odkurza Waszą kuchnię?

11.11.06

PWN - Poniżej Wszelkich Norm?

Przyznam, że rzadko się bulwersuję. Szczególnie staram się unikać bulwersowania się różnymi akcjami reklamowymi: okazuje się nieraz później, że wszystko jest wyreżyserowanym marketingiem, a ja się fatalnie czuję jako ofiara inżynierii społecznej. Miesięczny staż w agencji reklamowej sprawił, że wolę widzieć siebie po drugiej stronie barykady (czyli jako inżyniera społecznego) albo (najlepiej) obok.

Niestety, akcja ksero to zero Państwowego Wydawnictwa Naukowego nie wydaje się być obliczona na celowe zbulwersowanie odbiorcy. Raczej bym powiedział, że w sposób jak najbardziej szczery stara się wykształcić w odbiorcach obrzydzenie i pogardę wobec procederu kserowania książek. Efekt jest dość bliski zamierzonemu, jednak nie identyczny. U mnie na przykład wykształciła się pogarda wobec samego wydawnictwa...

Zacznijmy jednak od początku. Od jakiegoś czasu PWN prowadzi akcję mającą zniechęcać studentów do kserowania podręczników. W zeszłym roku hasłem akcji było ,,taniej niż ksero'', a sztandarowym produktem -- Historia Filozofii Władysława Tatarkiewicza. Cena była faktycznie zachęcając --- przy cenie ksera 20 gr za stronę faktycznie wychodziło taniej. Jeśli zaś chodzi o jakość...

Cóż, śmiem twierdzić, że porządnie zbindowaną kserówkę starego wydania by się czytało zdecydowanie lepiej. Bo najnowsze wydanie Tatarkiewicza nie jest wcale nową edycją, a chamsko zeskanowaną starą, wydrukowaną w formie paperbacku. Wersy są krzywe, sporo literek -- nierozpoznawalnych. Gdy kupowaliśmy jednak tuż przed egzaminem z historii filozofii nowożytnej Tatarkiewicza (z którego oczywiście nikt, ale to nikt w IF UW nie uczy się do egzaminów historycznofilozoficznych), czas był kluczowy. No i cena grała również swoją rolę.

Ogółem jednak, zeszłoroczna akcja pewuenki była krokiem w dobrą stronę -- bo książki w Polsce są oburzająco drogie, przynajmniej w porównaniu do polskich zarobków.

W tym roku jednak PWN (czy też agencja reklamowa pracująca dla PWN) postanowiło pójść bardziej w kierunku konfrontacji. Tegorocznym hasłem jest ,,ksero to zero'', a sztandarowym produktem jest nie książka, a strona internetowa z filmikami we flashu. Filmiki charakteryzują dowcipem na bardzo wysokim poziomie: leci sęp i wysrywa sobie kserokopiarkę. Kot (a może fretka?) kseruje kozę, której z tego powodu wyrastają trzy głowy. Lusia (która ma być 100% oryginałem), po skserowaniu robi się gruba, zostaje dziwką, odpadają jej ręce, zachodzi w ciążę (może Roman powinien zacząć dotować punkty ksero?). Te i inne radosne filmiki można zobaczyć na tejże badziewnej stronce (link taki a nie inny i dopiero teraz ze względu na gógla). To wszystko w otoczce działań typowych dla marketingu wirusowego -- ,,autetyczne'' posty o tym jakie te filmiki są zajefajne na różnych forach, artykuły sponsorowane w portalach studenckich... No pełnia profesjonalizmu, po prostu.

Kilka pytań się nasuwa. Po pierwsze, ciekawe jak się ma obecna kampania do dotychczasowego wizerunku PWN jako wydawnictwa wydającego książki akademickie, niezbyt drogo, dobrej jakości, niemalże pro publico bono. Przyznam, że do tej pory darzyłem pewuenkę dość dużym szacunkiem i sympatią, a teraz czuję dość duży niesmak.

Po drugie, jaki jest wizerunek studentów w oczach ,,podmiotu lirycznego'', czyli twórców interesującej nas akcji? Najwyraźniej widzą oni bandę debili, których najbardziej cieszą dowcipy o kupie. Ja rozumiem, że ostatnio mamy w Polsce do czynienia z boomem edukacyjnym i olbrzymim upowszechnieniem się wyższego wykształcenia, ale chyba jeszcze nie zaszliśmy tak daleko.

Po trzecie, zastanawia mnie, jak sobie PWN odpowiedział na pytanie Dlaczego studenci kserują książki?. Z akcji wynika, że odpowiedzią było: bo są tępi i wolą wydać kasę na dzwonki do telefonu komórkowego. Nikt nie pomyślał, że książki w Polsce (w porównaniu do przeciętnych zarobków) cholernie drogie. Że biblioteki są słabo zaopatrzone i że najgorętszych podręczników w trakcie sesji po prostu nie starcza (znam tę sytuacją z UW, a nie sądzę aby na prowincji było pod tym względem lepiej). Że nieraz ostatnie wydanie ważnego podręcznika było w latach osiemdziesiątych. Przecież, do diabła, każda normalna osoba woli prawdziwą książkę od ksero -- jest to wygodniejsze, lepiej się czyta, łatwiej nosi... Przecież tylko idiota by kserował coś, do czego ma dostęp w postaci książkowej. Jedyne, czego brakuje, to aby PWN starało się sprawić wrażenie, że kserowanie książek jest przestępstwem -- chwyt nagminnie stosowany przez wytwórnie płytowe.

Cóż, z wielką chęcią rozpocząłbym bojkot PWN, ale z pewnych przyczyn nie jest to sensowne. Siedzę obecnie w Belgii (dlatego akcję, która się rozpoczęła 9 października zauważyłem dopiero niedawno). W Leuven mamy bardzo dobrze zaopatrzoną bibliotekę, Amazon szipuje do mnie książki: czegokolwiek bym nie potrzebował, jestem w stanie zdobyć to w oryginale. Mogę sobie zatem pozwolić na mienie w nosie faktu, że w polskim tłumaczeniu Ullmana, przetłumaczono na polski również nazwy problemów obliczeniowych. Najbliższa księgarnia PWN znajduje się dużo więcej niż 1000 km ode mnie.

Ale to zawsze nieprzyjemne uczucie, gdy ludzie z wydawnictwa z kagankiem oświaty w logo okazują się bandą palantów.

A w Belgii, tak samo jak u nas, jest dziś święto narodowe, i nie udało nam się niczego kupić na obiad.

3.11.06

Nie jest źle

Tak. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, nie jest źle (albo też nie jest *tak* źle). Dlaczego?

Po pierwsze, bardzo polepszył mi się standard życia. Nie oznacza to bynajmniej, że wygrałem na loterii belgijskiej i od tej pory będziemy się żywić polędwicą, popijając dobrym Bordeaux. Polepszyło mi się za sprawą malutkiego zakupu: rękawiczek. Bo w Belgii, proszę państwa, mamy wyż i atak zimy nieomal, a jak się jeździ na rowerze, to ręce marzną jak cholera, co jest niemiłe. Chyba, że posiada się rękawiczki. Oczywiście, nie przeszkadza to różnym takim przypałom biegać o poranku w krótkich spodenkach i krótkim rękawku.

Dziwne to przyznać, ale ostatnie oziębienie mi wcale nie przeszkadza. Nie oznacza to broń boże, że nagle zmieniły mi się gusta klimatyczne. Oznacza jedynie to, że mogę zacząć nosić swetry bez ryzyka przegrzewania się. A swetrów mam więcej niż bluz, odpowiednich na dotychczasową pogodę. Bluzę taką mam tylko jedną, i choć jest to moja ulubiona czerwona, zdążyła mi się znudzić. Jak całemu światu zapewne.

Po drugie, mieszkam w kraju, gdzie biblioteki zamyka się o 22oo, a najdłużej otwarte sklepy o 21oo. I to nie codziennie, a jedynie w piątki, które Belgowie poświęcają na robienie zakupów, co skutkuje dłuższym czasem otwarcia sklepów. Co prawda chyba (mimo wszystko) częściej korzystamy ze sklepów, ale i tak czuję się podniesiony na duchu.

Po trzecie, wreszcie udało mi się wreszcie nawiązać jakiekolwiek relacje społeczne z tubylcami. Odbyło się w to w bardzo miłej knajpce, gdzie oprócz picia piwa można sobie pograć w różne gry: szachy, go, jengę, Monopol, anty-Monopol, Ryzyko, Settlers of Catan... Gdy weszliśmy, w telewizorze leciał mecz, a z głośników -- muzyka klasyczna. Jaktylko mecz się skończył, telewizor schowano, muzyka pozostała do końca (jak mi wyjaśnili stali bywalcy, w tej knajpie *zawsze* leci muzyka klasyczna). Szkoda jedynie, że większość gier z fabułą jest po niderlandzku -- choć tak naprawdę wiadomo, że szachy i go są najlepsze. A wydarzeniem, które się do wzmożonej nagle socjalizacji przyczyniło, było posiedzenie leuweńskiego klubu go. Członkowie -- wszelkiego sortu gikowie, czyli informatycy, fizycy, meteorolodzy. Pierwsi Belgowie, z którymi się napiłem piwa i pogadałem dłużej niż 5 minut...

Czyli -- Belgia, kraj osobliwości:

  • Ludzie (ja?) się cieszą, że jest zimno

  • Biblioteki są dłużej otwarte niż sklepy

  • Najbardziej kontaktową grupą tubylców są... gikowie.

21.10.06

Państwo Szopowie a Internet

Dzisiejszy post będzie o Szopach. Wyjątkowo jednak nie o mnie i o mojej żonie, lecz o starszym pokoleniu, czyli o moich rodzicach. A konkretniej, o moich rodzicach i ich (burzliwych) relacjach z komputerami i Internetem.

Dramatis Personae: papa Szopa, pod sześćdziesiątkę, niegdyś ekonomista, nawet attaché handlowy w Buenos Aires, obecnie przede wszystkim bluesman i szachista. Mama Szopa -- anestezjolog, zajmuje się głównie neuroanestezją (o wieku nie wspominam, choć pozwolę sobie nadmienić, że jest sporo młodsza od mojego ojca). Otwarty mózg nie robi na mojej mamusi najmniejszego wrażenia, za to kiedy podczas zmywania naczyń pękła mi szklanka i pociąłem sobie mały palec, o mało nie zemdlała (choć bogiem a prawdą założono mi w efekcie na tenże palec 7 szwów, co jest niemałym osiągnięciem). Lula -- malutka suczka marki collie, mocno strachliwa (boi się wyjść na balkon). Straszny Potwór, czyli mój dwuletni komputer; niegdyś dobrotliwe Ubuntu, obecnie krwiożerczy Łindołs IksPe.

Dotychczasowe kontakty moich rodziców z komputerami były właściwie żadne. Owszem, zdarzyło im się nawet dokonać niegdyś zakupu komputera, jednak starali się nie wchodzić mu w paradę. Jedynie Lula czasem potrącała nosem klawiaturę leżącą na obudowie. Komputery z którymi moja matka ma do czynienia w szpitalu zasadniczo służą do znieczulania, a mój ojciec (zanim został bluesmanem i szachistą) miał zawsze ten luksus, że komputer obsługiwał za pomocą sekretarki (ta, kiedyś można było tak pracować).

Niestety, we wrześniu jedyne dziecko państwa Szopów (ja, znaczy się) wyjechało do dalekiego kraju na Zachodzie Europy i zostali oni postawieni przed faktem, że (przy roamingowych cenach rozmów telefonicznych) jeżeli chcą utrzymać z nim (tj. z dzieckiem) jakikolwiek kontakt, będą zmuszeni do korzystania ze Strasznego Potwora (który przyjechał pocztą kurierską z Warszawy).

Chcąc nie chcąc, moi rodzice zaczęli oswajać się z potworem. Na początku problemy były ogromne: a to myszką używaną do góry nogami (kabelkiem w dół), a to klawiatura ma układ QWERTY (zamiast oczekiwanego QWERTZ) i nie ma polskich liter... Obecnie już chyba nie jest tak źle. Oboje rodzice są w stanie korzystać z komputera w takim zakresie, jakim potrzebują. A zakres ten jest bardzo szopocentryczny.

Główną aplikacją, z której korzystają moi rodzice jest Skajp. Służy on przede wszystkim, a jakże, do rozmowy ze mną. Oprócz tego umieją sprawdzać pocztę na gmailu (ale to potrafi tylko moja matka) i przeglądać picasaweb ze zdjęciami moimi i mojej żony. I tyle. Z tego co wiem, na inne strony internetowe nie wchodzą. Chyba wiedzą o ich istnieniu, ale niekoniecznie wyobrażają sobie jak można ich używać. Skajp ma jeszcze druga rolę, pełni bowiem ważną funkcję w moim nowatorskim systemie zdalnej obsługi komputera. Drugim elementem systemu jest rzecz jasna rodzic w trybie odbioru.

Tym niemniej, moi rodzice robią duże postępy. Ostatnio mój ojciec np. sam z siebie nauczył korzystać się z rolki myszki. Nie jest to byle co: słyszałem od znajomych o rodzicach, którzy używają komputera od lat, a z rolki korzystać nie umieją.

Cała sprawa korzystania przez moich rodziców ze Strasznego Potwora wydaje mi się z kilku powodów sympatyczna. Po pierwsze, widzę, że moi rodzice są gotowi na naprawdę duży wysiłek aby ze mną pogadać o tym, ile kosztują w Belgii małże i gdzie pojechaliśmy w weekend na rowerze. Po drugie, pozwala mi to spojrzeć świeższym okiem na kwestię ergonomiki peceta. Np. dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że ontologia systemu okienkowego wcale nie jest oczywista dla kogoś, kto nie obserwował jej rozwoju przez ostatnie dziesięć lat. Albo (czego nigdy bym się nie spodziewał) że korzystanie z touchpada może być dużo bardziej intuicyjne niż z myszy.

(A Lula niestety bardzo sie dezorientuje kiedy się przy niej korzysta ze Skajpa, na co reaguje w typowy dla siebie sposób, przestraszając się. Za to z powrotem chyba może trącać nosem klawiaturę.)

15.9.06

Z czym Wam się kojarzy Belgia?

W moim wypadku lista będąca odpowiedzią na tytułowe pytanie była (przed wyjazdem, rzecz jasna) następująca:

  1. Inspektor Herkules Poirot, bohater kryminałów Agathy Christie

  2. Unia Europejska, Bruksela, biurokracja, eurokracja

  3. Piwo, ze szczególnym uwzględnieniem Stella Artois.


Teraz, kiedy jestem na miejscu, dokonałyby się następujące zmiany:

  1. Herkules Poirot odpada, ponieważ mówił po francusku. A w znakomitej części Belgii nie mówią wcale w języku Woltera, a szwargoczą po niderlandzku. Język niderlandzki jest przezabawny. Jeśli bym miał określic genezę jego powstania, byłaby następująco: zamknięto razem Słowaka i Polaka (albo Słowaka i Czecha bądź Czecha i Polaka) którzy doskonale znali niemiecki i mieli dość blade pojęcie o angielskim... Dostarczono im beczkę piwa, słownik angielski i kazano mówić po angielsku... Następnie eksperymentator zapisał to, co im wyszło i nazwał niderlandzkim. Dodam, że eksperymentator miał bardzo ekscentryczne poglądy na ortografię, a litery poszczególnych haseł w słowniku zostały spermutowane --- dlatego rodzajnik określony brzmi “het” zamiast “the”. Gdyby nie fakt, że prawie wszyscy Flamandowie znają oprócz niderlandzkiego francuski i angielski, mielibyśmy nieły problem... A tak tylko czasem wstydzimy się naszego kiepskiego akcentu po angielsku.

  2. Kocham belgijską biurokrację. Naprawdę. Urzędnicy są bardzo mili, uczynni, ładnie mówią po angielsku i ze wszystkich sił starają się pomóc. Co więcej, zazwyczaj im się to udaje. Tolerują również setki tysięcy dziwnych pytań, którymi ich zamęczam. Rozumiem, całkowicie, dlaczego Belg udaje się do urzędnika bez strachu i stara mu się powiedzieć jak najwięcje -- w końcu dzięki temu uda się mu rozwiązać jakiś problem. Gdyby w Polsce tak było... A swoją drogą, dużo radości sprawiłoby mi obserowanie, jak belg jest zmuszony radzić sobie z polskimi urzędami... I jaki by to miało wpływ na jego światopogląd.

  3. Piwo. Tak, proszę państwa. Piwo jest naprawdę świetne. I stosunkowo tanie -- 1,70 euro, czyli około 5 zł. Właściwie, to piwo jest jedyną rzeczą, która kosztuje tyle samo co w Polsce (no, prawie, bo piwo podają w małych szklankach). Cała reszta jest ze dwa razy droższa, za wyjątkiem usług bankowych, które są naprawdę o wiele tańsze (rozważamy korzystanie z belgijskiego konta po powrocie do Polski).


Oprócz tego wszystkiego, dodałbym jeden, badzo ważny punkt. Śmieci. Belgia kojarzy się ze śmieciami. Wszyscy ogarnięci są manią segregacji śmieci. Nie ma czarnych worków na śmieci. Są worki niebieskie, zielone i brązowe, które można kupić tylko w wyznaczonych punktach i kosztują niemało. Do każdego worka idzie inny rodzaj śmieci: organiczne, butelki i (umyte!) tetrapaki, cała reszta (worki na całą resztę kosztują najdrożej). Śmieci zbiera się do odpowiendnich worków i wystawia w określone dni tygodnia (jak na mój gust, zbyt rzadko). Efekt jest trochę straszny -- jak przyjechaliśmy, całe miasto śmierdziało śmietnikiem. Gorzej było, jak chcieliśmy sobie zobaczyć przedmieście Kessel-Lo -- trafiliśmy na dzień odbioru kompostu... Byliśmy w stanie wejść jedynie na 30 metrów w głąb, bo dalej dostawaliśmy odruchu wymiotnego. Jak się możecie domyślić, nie zwiedziliśmy w końcu Kessel-Lo.

Tak, cokolwiek by nie powiedzieć, życie w Leuven toczy się w rytm zbierania śmieci.

Oprócz tego, Leuven jest bardzo ładnym miasteczkiem, wynajęliśmy sobie rowery i mamy całkiem ładne mieszkanko z kawałkiem ogródka (no dobra, coś w rodzaju bungalowu dobudowanego do domu i sporą hodowlę pająków, ale trzeba patrzeć optymistycznie na świat). Niedługo oczekujcie naszych dalszych przygód, a w szczególności -- opisu naszej przeprowadzki i podróży (przygody były o tyle męczące, że wciąż nie mam jeszcze siły na opisanie ich -- ale niedługo zbiorę siły).

(A jakby ktoś nie wiedział: w Belgii jesteśmy w związku ze stypendium Socrates/Erasmus i będziemy tutaj przez najbliższy rok.)

28.8.06

Generalne zniechęcenie

Ostatnio ewidentnie nie wywiązuję się z (samemu sobie narzuconego) obowiązku pisania regularnie postów. Nie dlatego, że nie mam o czym pisać (mam całkiem dużo pomysłów), ale z powodu ogólnego zniechęcenia. Co gorsza, nie jest to jedynie jakieś moje psychiczne fiu-bździu. Nie, proszę państwa. Świat dzielnie mnie wspiera w moim zniechęceniu.

Ot na przykład -- jednym z wielu odłożonych na później obowiązków, które gryzą mnie po kostkach jest napisanie pracy rocznej, a właściwie dwóch prac rocznych, jednej z filozofii nauki, drugiej z etyki. Zarówno pierwszą, jak i drugą w pewien sposób napisałem. Na filozofię nauki zaprezentowałby najchętniej zawartość swojego referatu wygłoszonego na konferencji w Szrenicy (albo raczej: tę jego część, którą po przemyśleniu uważam za sensowną). Na etykę z kolei już napisałem jedną pracę roczną, na temat gwałtu z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej, która na tyle się spodobała prowadzącemu ćwiczenia profesorowi Szawarskiemu, że zaliczył mi na jej podstawie egzamin. Egzamin, ale nie pracę roczną.

Problem z pracą na filozofię nauki jest taki, że mi się 10 problem Hilberta zdążył znudzić dokumentnie... Jak myślę o przeczytaniu artykułu ze zbioru, który sobie wypożyczyłem z BUW-u robi mi się autentycznie słabo. Problem z nową praca z etyki jest taki, że choć już wymyśliłem temat -- (Etyka zbierania danych marketingowych w Internecie, tak, proszę państwa, filozofia na bajerze jedzie!), mam trudności ze znalezieniem osoby, która zechciałaby w swojej wielkiej łaskawości tę pracę ocenić. A profesor Szawarski, wielki do tej pory entuzjasta mojej twórczości, jest za granicą i siłą rzeczy nic mi nie pomoże.

Cóż, świat się na mnie uwziął, i tyle.

A bardziej na serio: nie da się ukryć, że wakacje człowiekowi potrzebne, nie tyle do szczęścia, ile do w miarę normalnego i twórczego funkcjonowania. W tym roku wakacji miałem mało (praca w Wielkim Babilonie to jednak nie to samo co byczenie się na plaży) i zostały one zużyte w większości na bardzo przyjemne i potrzebne, ale jednocześnie wyczerpujące pod względem psychicznym czynności, takie jak śluby. To wszystko powoduje, że jestem w pewnym sensie wypalony i mam duże trudności z pisaniem w miarę sensownych wpisów na bloga -- by nie wspominać o ciekawych pracach naukowych. Mam nadzieję, że plotka o bezpłatnych warunkach z prac rocznych nie jest bujdą.

(A już offtopicowo i radośniej -- zapraszam do przeczytania mojego gościnnego wpisu na blog mojej małej żonki, czyli małżonki.)

1.8.06

Grasz o staż - unabridged version

Trochę temu pisałem o moich perypetiach z konkursem Grasz o staż, dzięki któremu dostałem się na staż w Wielkiem Babilonie. Dziś wersja kolekcjonerska: moja korespondencja z konkursem (poobcinałem jedynie zbędne cytaty z poprzednich mejli).
Szopa do Grasz o staż, 6 czerwca:
Witam!

Trochę temu (na początku maja) zadzwoniła do mnie osoba z PWC i
poinformowała mnie, że przeszedłem do kolejnego etapu konkursu Grasz o
staż i że niebawem skontaktuje się ze mną firma Rapp Collins w celu
ustalenia daty rozmowy kwalifikacyjnej. Do tej pory nic takiego nie
nastąpiło.

Czy mam powód aby się niepokoić (że zaszła pomyłka albo coś takiego),
czy też taki jest normalny czas oczekiwania?

Z góry dziękuję za szybka odpowiedź i pozdrawiam.

Grasz o staż do Szopy, w odpowiedzi na jego mejla, 7 czerwca:
Witam,

Zaczne moze od tego, ze nie zaszla zadna pomylka i rzeczywiscie byles zaakceptowany na rozmowe kwalifikacyjna w Rapp Collins.

Przyznam szczerze, ze bylem zdziwiony Twoja wiadomoscia, gdyz w naszym systemie masz ustawiony status 'zrezygnowal z rozmowy'. W celu wyjasnienia sprawy skontaktowalem sie z przedstawicielem fundatora i poinformowano mnie, ze kontaktowano sie z Toba jako jednym z pierwszych i rzeczywiscie zrezygnowales z uczestnictwa w rozmowie.

W zwiazku z powyzszym bardzo prosze o informacje czy rzeczywiscie tak bylo.

Pozdrawiam

Adrian Juchimiuk
****************
PricewaterhouseCoopers
Dzial Komunikacji Marketingowej
Al. Armii Ludowej 14
00-638 Warszawa

Szopa go Grasz o staż, 7 czerwca:
Przyznam, że jestem w dość głębokim szoku. Nikt (oprócz konsultanta
PWC, który poinformował mnie o przejściu do następnego etapu) się ze
mną nie kontaktował. Tym bardziej, pod żadnym pozorem nie
zrezygnowałem z rozmowy kwalifikacyjnej. Co gorsza, nie przypominam
sobie, abym przez cały ten czas odbierał jakiś telefon, który
zakwalifikowałem jako pomyłkę. Byłem na to szczególnie wyczulony. Czy
mógłbyś się dowiedzieć, kiedy miała się odbyć moja rozmowa z Rapp
Collins? Może to by rzuciło nieco światła na całą sprawę.

Cała sytuacja wydaje mi się dość niepokojąca.

Pozdrawiam i dziękuję za szybką odpowiedź.
-- Ryszard Szopa

Tutaj następuje dość duża luka czasowa - tydzień. Szopa w międzyczasie bardzo się wkurza, martwi i w ogóle jedzie do Szczecina. W Szczecinie Szopa dochodzi do wniosku, że o jakimkolwiek stażu może praktycznie zapomnieć, ale postanawia, że tak tego nie zostawi.

Szopa do Grasz o staż, 14 czerwca, wkurwienie maksymalne:
Szanowni Państwo!

7 czerwca wysłałem do Państwa mejla, w którym skarżyłem się, że mimo
przejścia do następnego etapu (jak poinformował mnie Państwa
przedstawiciel), nie zgłosiła się do mnie firma Rapp Collins, w której
miałem odbyć rozmowę kwalifikacyjną. Dowiedziałem się tylko tego, że w
bazie danych figuruję jako osoba, która zrezygnowała z rozmowy
kwalifikacyjnej.

Podkreślam, że _NIE_ kontaktowała się ze mną żadna osoba z firmy Rapp
Collins i w związku z tym _NIE_ mogłem zrezygnować z rozmowy
kwalifikacyjnej. Prosiłem o podanie daty domniemanego kontaktu ze mną,
abym mógł sprawdzić połączenia przychodzące u mojego operatora
telefonicznego. Nie otrzymałem od Państwa tej daty, jak też wciąż nie
otrzymałem żadnych wyjaśnień odnośnie do mojej sprawy.

Przyznam, że jestem bardzo zawiedziony i odrobinę zniesmaczony Państwa
postawą. Postrzegałem do tej pory konkurs ,,Grasz o staż'' jako
inicjatywę mającą promować wśród młodych ludzi pewne pozytywne postawy
względem rynku pracy, a także takie rzeczy jak jasne kryteria
ewaluacji, transparentność. Brak Państwa reakcji na mój problem
zezwala mi snuć jak najgorsze domysły, nawet jeśli nie bezpośrednio
wobec Państwa, to na pewno wobec firmy uczestniczącej w konkursie (za
której przestrzeganie pewnych zasad i reguł jesteście Państwo poniekąd
odpowiedzialni).

W związku z wszystkim powyższym zamierzam złożyć oficjalną skargę.

-- Ryszard Szopa

Mijają dwa dni, Szopa dochodzi do wniosku, że ten Grasz o staż to są ostatnie ... i go zupełnie olali. Ale nie, okazuje się, że oni trawili.

Grasz o staż do Szopy, 16 czerwca:
Witaj Ryszardzie,

myślę, że mam dla Ciebie same dobre wiadomości :-)
Pierwsza jest taka, że natychmiast zareagowaliśmy na Twój sygnał i skontaktowaliśmy się z przedstawicielem firmy Rapp Collins. Takie sygnały są dla nas bardzo ważne, właśnie dlatego, że cenimy sobie wartość jaką niesie za sobą konkurs "Grasz o staż". Uważamy, że takie sytuacja jak ta w której się znalazłeś nie mogą sie zdarzać - stąd nasza natychmiastowa i zdecydowana reakacja.
Druga dobra wiadomość jest taka, że rozmowy w Rapp Collinsie nadal się toczą. Ponieważ nie byłeś jedyną osobą w podobnej sytuacji - możesz być pewny, że przedstawiciel firmy Rapp Collins umówi się z Tobą na rozmowę. Oczywiście tym samym Twój status w konkursie nadal brzmi "zaakceptowany na rozmowę", a nie "zrezygnował z rozmowy".
Trzymamy za Ciebie Ryszardzie kciuki oraz życzymy powodzenia na rozmowie :-)

Pozdrawiam

Piotr Ruszowski

Zwycięstwo -- niebawem po otrzymaniu tego mejla faktycznie zadzwoniono do mnie z Babilonu i umówiłem się na rozmowę kwalifikacyjną. Z efektem pozytywnym, co więcej, czego odzwierciedleniem jest co najmniej kilka postów na tym blogu.

Kilka rzeczy, które mnie w związku z tym ostatnim mejlem rozbawiło:

  • Niektórzy myślą, że jak nie wiadomo, co napisać, należy napisać coś ekstremalnie pozytywnego, jak na przykład to, że mamy same dobre wiadomości! A najlepiej okrasić cały komunikat dużą ilością uśmieszków.

  • W marketspeaku wiele słów nabiera zupełnie innego znaczenia niż normalnie. Ot, takie natychmiastowa i zdecydowana reakcja może oznaczać reakcję po trzech mejlach i dziewięciu dniach.

  • To, że zostałem autentycznie potraktowany some generic leadership

  • Założenie, że konstruując przekaz na poziomie idioty sprawimy, że jego odbiorca będzie bardziej się cieszył.


Poczyniłem też dwie obserwacje, smutną i radosną:

  • Nic nie działa tak dobrze jak wyrafinowana groźba (obserwacja smutna).

  • Jeżeli się będziemy wystarczająco mocno wykłocać, może udać się nam wyjść na swoje (obserwacja radosna).


Oczywiście, można dojść do wniosku, że się czepiam: w końcu wszystko skończyło się hepi endem, odbywam staż w Wielkim Babilonie, z korzyścią dla siebie (zarówno pod względem materialnym, jak i epistemicznym). Ale gdybym nie był aż tak upierdliwy -- nic by z tego nie wyszło i mógłbym się co najwyżej pienić, jaki ten konkurs jest unreliable (przepraszam za angielski wtręt, nie znalazłem dobrego polskiego odpowiednika).

A ze strony PriceWaterhouseCoopers vel Grasz o staż zabrakło mi jednego -- jakichś (zawoalowanych przynajmniej) przeprosin za całe zamieszanie.

28.7.06

Drobna obserwacja obyczajowa

Dzisiaj w pracy miałem okazję zaobserwowania, jak wielkie w ciągu ostatnich kilkunastu lat zaszły zmiany obyczajowe.

Kiedyś, jeśli para żyła ,,na kocią łapę'', mogła liczyć na lekkie zdziwienie, szok, czasem potępienie. Generalna zasada była taka, że jeżeli ktoś chciał ze sobą być, brał ślub. Nawet w środowiskach niejako kontestujących obyczajowy mejnstrim ślub się brało ,,dla higieny''.

Dzisiaj, w moim Babilonie nieopatrznie zdradziłem fakt, że 18 sierpnia zamierzam się ożenić. Reakcja była dość podobna do tej opisanej w poprzednim paragrafie -- lekki szok, niedowierzanie, zdziwienie (Babilon jest zdecydowanie zbyt mało opresyjnym środowiskiem, by mogło się pojawić potępienie). Choć większość kołerkerek i kołerkerów jest ewidentnie na dalszym etapie życia niż ja (skończyli studia, mają stałe dochody, często dzieci), zaskakująco dużo z nich jest niemężatych (w tym 100% kołerkerów -- w końcu to nie Czechy).

Niespodziewanie okazało się, że (pragnąc się żenić w tak młodym wieku) łamię pewne przyjęte konwencje społeczne... Ba, to jest bunt, kontrkultura niemal! Albo, patrząc z drugiej, anachronicznej strony -- jesteśmy zJ wojownikami o zachowanie tradycyjnej wartości rodziny

Na zakończenie naszła mnie jeszcze jedna refleksja. Pod pewnym względem moja sytuacja jest podobna do sytuacji tych, co gdyby chcieli wstąpić w związek, to musieliby do Pragi, Madrytu albo Amstedamu). No bo w końcu przyznanie się do małżeńskich zamiarów -- to nic innego jak... kaming ałt.

15.7.06

Czy PRL był homofobiczny?

Czasami jesteśmy w dziwnych miejscach (jak miasteczko Łobez w Zachodniopomorskiem), z bardzo dziwnych przyczyn (np. odwiedzin u dziadków swojej niemal żony, czyli narzeczonej), gdzie znajdujemy skarby, których istnienia nigdy nie podejrzewaliśmy.

Mi się właśnie przytrafiła taka sytuacja. Wpakowaliśmy się, wraz z Wielkim Człowiekiem ze Szczecina (ojcem mojej narzeczonej), Czasem Dość Mocno Skuczącym Zwierzątkiem (w chwilach dobrego humoru Amelką), moją Ukochaną do czerwonego myszkietera i pojechaliśmy do Łobza (za Niemca zwanego Labes) aby odwiedzić Dziadków, czyli Rodziców Wielkiego Człowieka ze Szczecina. No i tam, podczas przeglądania zdjęć, znaleźliśmy mała książeczkę, zatytułowaną ABC Ziemi Szczecińskiej (wydaną w 1969 roku w kwietniu w Szczecinie, nakładem Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR).

W tejże publikacji natrafiłem na następujące zdjęcie, które bardzo mnie rozbawiło:

Braterstwo broni między żołnierzem polskim i sowieckim

Żołnierz po lewej stronie jest żołnierzem polskim, natomiast żołnierz po prawej -- sowieckim. Podpis (jakby był nieczytelny) głosi: Na Ziemi Szczecińskiej kultywujemy tradycję braterstwa broni. A co żołnierze robią, to widać.